Ameryka Środkowa na bardzo własną rękę – część I

Do Ameryki Środkowej pojechałem, bo… znalazłem tani bilet do Meksyku. Właśnie ten fragment podróży kosztuje zawsze najwięcej, bo o ile do Stanów z Europy można się dostać już low-costami, to Meksyk czy Gwatemala (o Belize już nie wspominając) wciąż się mocno cenią.

Zdarzają się jednak cudownie tanie bilety czarterowe do Cancun, skąd można podróż po Ameryce Łacińskiej rozpocząć i w którym zakończyć. Oczywiście – o ile pokonacie w sobie chęć spędzenia wakacji w gigantycznym i zatłoczonym kurorcie. No ale mnie się udało (sic!) dolecieć do samego Mexico City.

Jak pamiętamy ze szkoły – meksykańska stolica jest największym miastem świata (21 mln). Ale – co to znaczy tak naprawdę – widać dopiero z okna samolotu podchodzącego do lądowania na lotnisku im. Benito Juareza. To miasto zdaje się nie mieć początku ani końca. Także z 40.piętra Torre Latinoamericana, na które z pewnością wjedziecie, metropolia ciągnie się aż za horyzont, we wszystkie strony świata. I pewnie jest tak, że przedmieścia nie są ani za ładne ani za przyjemne, ale ścisłe centrum Meksyku zachwyca. Nawet mimo tego, że Zocalo, główny plac miasta (i jeden z największych na świecie) jest w tej chwili remontowany. Tak się złożyło, że udało mi się wygospodarować jedynie „one night in Mexico”, i ta noc – jakkolwiek to zabrzmi – pozostawiła niedosyt. Jest tam ładnie, czysto (!), jedzenie pyszne, a na każdym rogu policja dba o dobre samopoczucie turysty, który naczytał się o złym stanie bezpieczeństwa metropolii.

Natomiast wspomniane lotnisko w Meksyku jest czymś okropnym. Gigantyczne, chaotyczne, źle zorganizowane, źle oznakowane, ale przede wszystkim – wydaje mi się, że nie do końca bezpieczne. W ciągu trzech tygodni lądowałem nań dwukrotnie i za każdym razem piloci dotknąwszy kołami pasa zdecydowali się na ponowne poderwanie maszyn, kapitan hiszpański wytłumaczył, że „runway was not cleared for landing”, a kapitan meksykański nie powiedział nic. Wydaje się więc, że takie wielokrotne lądowania są praktyką codzienną. Cóż, nie jest to specjalnie przyjemne, zdecydowanie bardziej wolę, kiedy samolot ląduje za pierwszym razem.

Z Mexico City lecę do granicznego miasta Chetumal, a następnie taksówką przekraczam granicę z Belize, jedynym anglojęzycznym krajem Ameryki Środkowej. Jest tam całkiem ładnie, to bez wątpienia „mały kraj na wielkie wakacje”, z tym, że jest to miejsce po prostu drogie. No, ale jak się ma La Islę Bonitę (tak, tak, tę), to można się cenić, prawda? Do San Pedro, najbardziej znanego kurortu na tejże szczęśliwej wyspie nie dotarłem, zostałem za to w Caye Caulker, wybieranej raczej przez turystów z plecakami niż z walizkami LV.  I jest tam bardzo miło. Dla turystów – wszystko. Ruchu samochodowego nie ma, można co najwyżej wynająć rower bądź meleksa, biura podróży przy głównej ulicy sprzedają wycieczki tu i ówdzie, bo na samej Caye Caulker – poza pasywnym nastawianiem się na chillout i sączeniem drinków z parasolką – specjalnie nic nie ma do roboty. A ponieważ lało jak z cebra, z niewielkimi przerwami na tęczę, skróciłem mój pobyt w tym „raju” i ruszyłem dalej.

Po drodze – Belize City, tak na godzinkę zwiedzania, Zoo – NAPRAWDĘ warte zwiedzenia, ogród, w którym stworzono zwierzętom tak naturalne warunki, że wydaje się, że to ludzie są obiektem zainteresowania zwierząt, nie zaś odwrotnie. Ale jedynie pumy i tapiry dały sobie zrobić zdjęcie, reszta chowała się przed deszczem. Na szczęście – im bardziej na zachód, im dalej od wybrzeża, tym tego deszczu było mniej. Więc w hotelu w San Ignacio mogłem zawartość mojego plecaka skutecznie wysuszyć i zainteresować się wyprawami do pozostałości po Majach, które to wyprawy ściągają i tu i do pobliskiego Tikal (już w Gwatemali) tłumy turystów.

Na szczęście do Xunantunich można dojechać bez problemu lokalną komunikacją, Cahal Pech jest w ogóle w mieście, ale już wyprawy do Caracol czy Actun Tunichil Muknal kosztują po 100 USD od osoby. Wzburzony tą okropną drożyzną w biurach podróży wypożyczyłem za 65 USD samochód i pojechałem do Caracol bez pośrednictwa. Czy było warto – do końca nie wiem – ale 80-kilometrowa droga, wiodąca przez dżunglę, pokonywalna jedynie przez samochody z napędem na 4 koła, z absencją żywego ducha po drodze (z wyjątkiem siedziby holenderskich marines, którzy mają tam swoją bazę ćwiczeniową i gdzie trzeba się wpisać do zeszytu) – była zdecydowanie jednym z najwspanialszych wspomnień tych wakacji.

Cdn.

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Gwatelama, Antigua, Panajachel – odkrywam Amerykę Środkową – część 2

O Gwatemali słyszałem okropne rzeczy. Więc przekraczając granicę rozglądałem się dookoła dyskretnie,...
Czytaj wiecej