Besson. Luc Besson.

W latach dziewięćdziesiątych był jednym z najpopularniejszych Francuzów. Każdy, kto choć trochę interesował się kinem, słyszał nazwisko Besson i znał jego twórczość. Przez jakiś czas było o nim nieco ciszej, ale to się właśnie zmienia.

Filmy Luca Bessona są jednymi z tych, na których się wychowałem. Wiele z nich weszło na stałe do kanonu kina, a grającym w nich aktorom, otworzyły drogi do wielkich światowych karier.

To właśnie za jego sprawą wszyscy poznaliśmy Jeana Reno, dzięki Metro, Wielkiemu błękitowi oraz najgłośniejszym filmowi aktora – Leon zawodowiec. Ostatni z wymienionych to również młoda Natalie Portman, będąca jedną z najlepszych aktorek swojego pokolenia. Gdyby nie reżyser to na pewno jej kariera wyglądałaby inaczej, a my nie zobaczylibyśmy wielu jej wspaniałych ról.

Besson w latach dziewięćdziesiątych zrobił szturm na kina za sprawą Piątego elementu . Świeży i wręcz teatralny film sci-fi z doborową hollywoodską obsadą, okazał się strzałem w dziesiątkę. Zdobył miliony fanów na całym świecie, a także dość przychylne oponie krytyków. Co więcej, pokazał że reżyser dobrze radzi sobie z naprawdę dużymi budżetami i nie boi się nowych wyzwań – które innym mogłyby wydawać się wręcz szalone. Film był również otwarciem kariery kolejnej, dziś dobrze znanej, gwiazdy jaką jest Milla Jovovich, która niewiele później wystąpiła w roli tytułowej w Joannie d’Arc Bessona.

Po 2000 roku reżyser już tak nie zaskakiwał. W ciągu dekady poświecił się głównie trylogii animacji dla młodzieży Artur i Minimki – dość przyjemnej, jednak bardzo odbiegającej od wcześniejszych dokonań Bessona.

W 2013 roku wyreżyserował komedię sensacyjną Porachunki z Robertem De Niro i Michelle Pfeiffer. Film okazał się naprawdę dużym zaskoczeniem i dla mnie był sygnałem, że Francuz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Potwierdzeniem tej tezy był sensacyjny film Lucy ze Scarlett Johansson w tytułowej roli. Choć scenariuszowo wiele mu brakowało, to sceny akcji były w typowym dla reżysera stylu i oglądało się je momentami z zapartym tchem.

Do polskich i światowych wchodzi właśnie Valerian i miasto tysiąca planet, będący sci-fi na motywach popularnej serii komisów. Sądząc po zwiastunach i klimacie, w jakim zrobiony jest film, przypuszczam że będzie on dla Bessona tym, czym dla Camerona był Avatar – dziełem życia. Zresztą porównanie jest nieprzypadkowe, gdyż francuski twórca już zapowiedział, że będzie kontynuował swoją serię tak jak reżyser historii Pandory.

Czy Valerian… okaże się sukcesem? Opinie są podzielone. Jest to chyba jednak dobry znak, gdyż wskazuje na dzieło niejednoznaczne i rodzące pewne pytania oraz wątpliwości. Sam osobiście jestem fanem kina Luca Bessona. Wprawdzie nie zgadzam się z wszystkimi jego filmami, ale zrobił w swojej karierze kilka, które zapamiętam do końca swojego życia. Bez względu na to, czy najnowszy będzie hitem, czy nie, na pewno zobaczę kolejny, bo wierze, że Besson w dalszym ciągu nie powiedział ostatniego słowa.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Na miłość nigdy nie jest za późno

Niby to takie oklepane zdanie, ale to chyba prawda. Można to w...
Czytaj wiecej