Blade Runner 2049 – łowca powraca

Efekty trendu na wskrzeszanie serii filmowych nie zawsze wywołują mój optymizm. Zazwyczaj pojawia się pytanie „po co?”. Tym razem jednak cieszę się z nadchodzącego seansu zwłaszcza, że odpowiedni ludzie zostali zaangażowani do filmu.

Mowa oczywiście o Blade Runner 2049, czyli kontynuacji kultowego Łowcy androidów. Film Ridleya Scotta z 1982 to już klasyka, nie tylko kina Sci-Fi, ale po prostu część kanonu kinematografii. Dzieło na motywach prozy Philipa K. Dicka jest kwintesencją gatunku i chyba prekursorem kina cyberpunkowego. I choć od jego premiery minęło już dużo czasu, nie powstrzymało to mądrych księgowych z Hollywood przed decyzją, o rozpoczęciu realizowania kontynuacji.

Wbrew temu, czego chcieli fani oraz część twórców, na reżyserię filmu nie udało się namówić Ridleya Scotta, który był odpowiedzialny za oryginał. Zamiast niego, na krześle reżyserskim zasiadł Denis Villeneuve – człowiek, który dał nam między innymi takie filmy jak Labirynt, Sicario czy Nowy początek. Moim zdaniem, to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu, gdyż ma on wręcz idealne wyczucie tego, jak dziś powinno wyglądać kino Sci-Fi. Jednocześnie doskonale potrafi budować napięcie i wizualizować świat. To właśnie wieść o zaangażowaniu Villeneuve’a sprawiła, że zacząłem bardzo wierzyć w ten projekt.

Kolejną zachętą było nazwisko Rogera Deakinsa – genialnego operatora, którego zdjęcia mogliśmy oglądać w Skazanych na Shawshank, wielu filmach braci Coen, a w ostatnich latach we wspomnianym wcześniej Sicario czy Skyfall o przygodach Jamesa Bonda. Oko Deakinsa idealnie trafia w mój zmysł i zawsze z chęcią oglądam każdy film, w którego produkcji bierze on swój udział.

Nie można nie wspomnieć o tym, że w Blade Runner 2049 powraca postać Ricka Deckarda, granego oczywiście przez Harrisona Forda. Myślę, że gdyby nie zgodził się wziąć udziału w filmie, to nie doszłoby w ogóle do jego kręcenia lub nie byłby tak oczekiwany przez wszystkich i raczej byłby z góry skazany na porażkę – przynajmniej finansową. Partnerować mu będzie Ryan Gosling, co uważam za dobry wybór, gdyż jest to zarówno utalentowany aktor, jak i pasujący do tego typu produkcji oraz najzwyczajniej w świecie lubiany, przez co może on ściągnąć do kin dużą widownię – zwłaszcza kobiet, które zapewne mniej lubią ten gatunek kina, niż mężczyźni.

Jestem jeszcze przed seansem filmu. Niestety, dane mi będzie go obejrzeć dopiero po weekendzie i liczę, że do tego czasu nie natknę się na zbyt dużą liczbę spoilerów, które mogłyby mi popsuć odbiór. W każdym razie, wiem że to jest trochę odgrzewanie starych kotletów, że w Hollywood jest coraz mniej świeżych pomysłów i coraz częściej bazuje się na znanych tytułach, na nostalgii widzów i ich chęci ponownego spotkania się ulubionymi bohaterami. Z jednej strony mnie to dziwi i nie podoba mi się to, z drugiej, jestem jednym z tych nostalgicznych i z chęcią wybiorę się do kina. Jedynym warunkiem jest to, żeby w dany projekt zaangażować odpowiednie osoby, które podejdą do całości z szacunkiem i nie zrobią czegoś tylko dla pieniędzy. Pierwsze recenzje zza oceanu, a także z Polski, dobrze rokują i zapowiadają naprawdę świetne kino gatunkowe. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę się doczekać. Pozostaje mi już tylko wytrzymać kilka dni do seansu. Miłego weekendu!

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Polskie komedie na Wielkanoc

Święta to najczęściej rodzinny czas. Najpierw kilka dni przygotowań, a później zasiadamy...
Czytaj wiecej