Cabaret Voltaire – źródło sztuki współczesnej

Czarno-biała reprodukcja obrazu "A night in the Cabaret Voltaire" Marcela Janco
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego współczesna sztuka jest czymś tak abstrakcyjnym (a czasem wręcz absurdalnym)? Wszystko zaczęło się sto lat temu w niewielkim lokalu, zwanym Cabaret Voltaire.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego współczesna sztuka jest czymś tak abstrakcyjnym (a czasem wręcz absurdalnym)? Wszystko zaczęło się sto lat temu w niewielkim lokalu, zwanym Cabaret Voltaire. Jak się okazuje, nieustanne przesuwanie granic i dążenie do „tworzenia” czegoś świeżego, co przykuje uwagę odbiorcy, to wcale nie wymysł naszych czasów.

Powyższe stwierdzenie jest oczywiście sporym uproszczeniem, ale nie bez powodu Cabaret Voltaire nazywany jest „najdziwniejszym klubem nocnym na świecie”. Zanim jednak puścicie wodze fantazji – to określenie ma więcej wspólnego z godzinami funkcjonowania Cabaretu, niż z dzisiejszym znaczeniem sformułowania „klub nocny”.

Przy okazji wypadałoby też wyjaśnić, że wspomniane „przesuwanie granic i dążenie do ‚tworzenia’ czegoś świeżego” jest w kulturze zjawiskiem cyklicznym. Każda nowa epoka rodziła się na skutek poszukiwania czegoś świeżego. Zawsze chodziło o odcięcie się od zastanego ładu i stworzenie nowego, według własnej wizji.

Niemniej jednak, do początku ubiegłego wieku wszystkie te poszukiwania, miały miejsce w obrębie pewnej umownej rzeczywistości. Jednak sto lat temu powiedziano dość wszelkim ograniczeniom. Dano podwaliny pod nowy ład w artystycznym światku, a skutki tego odczuwamy do dziś.

Plakat "Dada Matinée" Theo van Doesburga
Plakat „Dada Matinée” Theo van Doesburga

Czas i miejsce buntu artystów wcale nie pozostają bez znaczenia. Nie bez powodu „rewolucja” zaczęła się w połowie drugiej dekady XX wieku. Twórcy wszelkiej maści, zawsze przedkładali spory intelektualne, ponad działania na polu bitwy. Niestety, wybuch I wojny światowej mocno im to utrudniał. Właśnie dlatego największym skupiskiem artystów, stał się w tamtym okresie Zurych.

Niezależnie, czy uznać ich za dezerterów, czy pacyfistów – artyści różnych nacji tłumnie przybywali do Szwajcarii. Hugo Ball zwykł mawiać: „Szwajcaria jest jak klatka, otoczona przez ryczące lwy”. Jej neutralność dawała twórcom pozory spokoju i wolności, mimo znajdowania się w centrum pogrążonej w zmaganiach wojennych Europy.

Wszelkie ideologie to kpina… stwórzmy więc kabaret!

To, że artyści najczęściej nie są rozumiani przez zwykłych śmiertelników, jest niemal wpisane w naturę ich fachu. Poziom niezrozumienia wzrasta zazwyczaj na przełomie epok, gdy ludzie zmuszani są do uczenia się czegoś nowego. To problematyczna sytuacja, dlatego najczęściej wywołuje sprzeciw. Tak odbiorców, jak i „ustawionych” już artystów.

Zmiany zawsze przychodzą więc w bólach. Jednak początek ubiegłego wieku zwiastował nadejście czegoś naprawdę niezrozumiałego. Na pierwszy ogień poszedł kubizm. Nurt rewolucyjny w swej formie, który na nowo definiował fizyczność, przedstawiając ją w zupełnie nienaturalny sposób.

Te związki ze światem rzeczywistym dawały jednak odbiorcom pewne oparcie, pozory bezpieczeństwa w zetknięciu z czymś nowym. Zaledwie dziesięć lat później, znaleźli się wywrotowcy, którzy nawet to chcieli im odebrać – to właśnie oni stworzyli Cabaret Voltaire.

Reprodukcja obrazu "A night in the Cabaret Voltaire" Marcela Janco
Reprodukcja obrazu „A night in the Cabaret Voltaire” Marcela Janco

Nie bez powodu patronem klubu wybrany został właśnie Voltaire. Wybitny oświeceniowy filozof, dramaturg i autor satyr, swego czasu bulwersował opinię publiczną, a jego (niejednokrotnie sprzeczne ze sobą) poglądy, z dumą powielane były przez środowiska antyreligijne czy ogólnie antysystemowe. I właśnie takie, niemalże rewolucjonistyczne podejście, charakteryzowało młodych intelektualistów, którzy w 1916 roku postanowili coś zmienić.

Za głównych założycieli Cabaretu Voltaire uchodzą Hugo Ball i jego partnerka Emmy Hennings. Oboje uciekli do Zurychu przed wojną. Początkowo Ball pracował w różnych knajpkach, barach i kabaretach a widząc możliwości, jakie daje artyście kontakt ze zwykłymi ludźmi, sam postanowił stworzyć własny klub. W tym celu wynajął niewielki lokal przy Spiegelgasse 1 w Zurychu, a w lokalnej prasie ogłosił, że Cabaret Voltaire jest miejscem, w którym artyści mogą się zaprezentować, niezależnie od uprawianej dziedziny sztuki.

Bardzo szybko dołączył do nich pisarz Richard Huelsenbeck, z którym przyjaźnili się jeszcze w Monachium. Następnie grono kabaretu poszerzyli także dwaj rumuńscy artyści – Marcel Janco i Tristan Tzara – oraz mający już wówczas pewne uznanie, Francuz Hans Arp. To właśnie oni stworzyli pierwsze ogniwo dadaistycznej rewolucji, do którego w niedługim czasie dołączyły Paryż i Nowy Jork. Te trzy niezależne środowiska, stworzyły zaskakująco spójną wizję wolności twórczej, która nie powinna być ograniczana jakimikolwiek zasadami. Z czasem zaczęły się one przenikać, a ich przekaz szedł dalej w świat, tworząc nowe ośrodki dadaizmu.

"Fontanna" Marcela Duchampa, przedstawiciela nowojorskiego dadaizmu
„Fontanna” Marcela Duchampa, przedstawiciela nowojorskiego dadaizmu

Pokłosie dadaizmu, czyli jak pięcioletni trend, owocuje przez kolejne sto lat

Co prawda ruch „Dada” nie trwał zbyt długo, a jego przedstawiciele dość szybko zaczęli spierać się o sensowność bezideowego działania, tworząc coraz to nowe odłamy, jednak pewna myśl nadal szła w świat. Z czasem na zgliszczach dadaizmu, pojawiły się zupełnie nowe kierunki. W ten sposób powstał między innymi surrealizm, który całymi garściami czerpał z manifestu dadaistycznego. W późniejszym czasie właściwie każdy nurt, który odbiega w swej formie od realistycznej wizji świata, można nazwać potomkiem ruchu „Dada”.

Jeśli chodzi o losy Cabaretu Voltaire, działa on do tej pory. Za moment kulminacyjny w jego funkcjonowaniu, można uznać niesławne wystąpienie Hugo Balla, będące parodią kościelnego nabożeństwa. 23 czerwca 1916 roku, Ball wyszedł na scenę w kartonowym przebraniu, po czym zaczął w charakterystyczny sposób intonować zwykły bełkot. Było to wystąpienie dość radykalne, a w późniejszej historii próżno szukać czegoś równie oburzającego opinię publiczną.

Hugo Ball podczas słynnego wystąpienia
Hugo Ball podczas słynnego wystąpienia

Klub jednak przetrwał, a obecnie jest muzeum światowego dziedzictwa dadaizmu. Poza pamiątkami dawnych lat, nadal można tam zobaczyć występy młodych artystów, którzy buntują się przeciw zastanemu światu. I to właśnie jest siłą ruchu „Dada”. Jak mówi Adrian Notz, obecny dyrektor Cabaret Voltaire: „każdy przejaw buntu w ramach sztuki, nawet beatnicy czy punki, są rodzajem dadaistycznego dziedzictwa. ‚Dada’ wykracza poza sztukę. To element mentalności, postawy buntu, z którego korzysta każde pokolenie młodzieży”.

Jeśli czegoś nie rozumiesz, to na pewno jest sztuka!

Obecnie bunt wobec rzeczywistości, zaczyna przybierać nieco mniej wyszukane formy, a wszelakiej maści artyści, prześcigają się w obmyślaniu coraz to nowych pomysłów, by skupić na sobie uwagę odbiorców. W tej kategorii zdecydowanie przeważają performerzy, którzy coraz częściej za narzędzie swej sztuki, uznają własne ciało.

Tym sposobem, Deborah De Robertis przesiedziała kilka godzin na podłodze Muzeum Orsay, próbując udowodnić zwiedzającym, że kontrowersyjne „Pochodzenie świata” Gustave’a Courbeta przypomina jej miejsca intymne. Z kolei Milo Moiré paradowała ostatnio po Londynie, pozwalając przechodniom dotykać swoich piersi oraz genitaliów. W ramach sztuki oczywiście.

Na ich tle, znacznie wybija się choćby Tim Patch, znany też jako Pricasso. Australijczyk jest twórczą techniki penile art, która polega na zastąpieniu pędzla… genitaliami (prick, to w języku angielskim wulgarne określenie członka, stąd pseudonim malarza). Co ciekawe, prace wykonane tą techniką, wyglądają naprawdę… nieźle. Niemniej jednak – powyższe osoby, jak i wielu innych, łączy jedno – są potomkami ruchu „Dada”.

Obrazy Tima Patcha, namalowane techniką penile art
Obrazy Tima Patcha, namalowane techniką penile art

Po więcej ciekawostek na temat sztuki współczesnej, odsyłam do innego mojego tekstu, a na koniec pozostaje nam już tylko jedno pytanie. Dlaczego przynależność do „awangardy” jest przez niektórych tak pożądana, że starają się przypisać niesamowite znaczenia nawet do najgłupszych czynności?

Odpowiedź jest dość prosta, niemalże sztampowa: gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę! Abstrakcja jest po prostu w modzie, a bogaci ludzie kochają być modni. Jeśli ktoś jest wstanie przeznaczyć kilkadziesiąt milionów dolarów na płótno, które zamalowane jest jednym kolorem, to czemu miałby nie wesprzeć obiecującego performera? Jak powiedziała kiedyś Deborah Gilbert: „czasem artyzm potwierdzony jest przez znawców i uczonych, czasem wystarczy rozgłos w mediach”. I tak to właśnie wygląda.

Autor artykułu
More from Damian Halik

„Suicide Squad” byłby lepszy, gdyby nakręcił go Tarantino?

Od dawna wiadomo, że DC nie radzi sobie z przenoszeniem swoich komiksów...
Czytaj wiecej