Dokąd? Do Burkina Faso!

Być w Burkina Faso i nie zobaczyć Bobo, to tak jakby być w Polsce i nie widzieć Krakowa. Pozostając w tej narracji – tamtejszym Wawelem jest Wielki Meczet, najbardziej znana budowla i miasta i całego kraju, zbudowany w XIX wieku z gliny.

Być w Burkina Faso i nie zobaczyć Bobo, to tak jakby być w Polsce i nie widzieć Krakowa. Pozostając w tej narracji – tamtejszym Wawelem jest Wielki Meczet, najbardziej znana budowla i miasta i całego kraju, zbudowany w XIX wieku z gliny.

Meczet funkcjonuje normalnie, można go zwiedzić poza godzinami nabożeństw, zresztą na miejscu od razu pojawi się (chcemy tego – czy nie) przewodnik, który zainkasuje od nas niewielką kwotę za oprowadzenie i w ogóle za wstęp. Nie mam do końca pewności, czy te opłaty są jakkolwiek usankcjonowane, ale to nieistotne, przypominam sobie, że jestem w Afryce… Meczet zobaczyć trzeba, bo jest budowlą w istocie ekstraordynaryjną. Tuż obok niego – starówka (jeśli można użyć tego słowa), także wyjątkowe miejsce, będące labiryntem wąskich przejść, gdzie możemy zobaczyć po prostu – jak ludzie żyją, podejrzeć pracę rzemieślników w ich małych kantorkach czy przyjrzeć się pracy kowali, wykonujących małe bądź większe figurki, niekiedy w pozach sprośnych –  i takąż sobie po krótkim targowaniu kupiłem.

A wieczorem… Bobo się bawi. Może nawet momentami za głośno, bo nawet z korkami w uszach nie dało się w moim hotelu spać do 4 rano. Dnia więc następnego postanowiłem zbadać nocne życie miasta, zaczepiony przez młodego człowieka (Bon jour, je souis Yakouba, je suis musicien), który zapraszał na występ swoich znajomych. Jak na porządną imprezę przystało – całość nie zaczyna się wcześniej niż o 23. Było to fantastycznie, perkusiści i wokalistki nieziemsko uzdolnieni, ta muzyka w nich była. Klubów z muzyką na żywo jest w Bobo co najmniej kilka, wystarczy taksówkarzowi rzucić „live music”, zapłacić 2 euro za wstęp i mieć noc z głowy…

Następnego dnia – „the best of BF in one day”. Wynajmujemy samochód z kierowcą (40 euro plus paliwo) i ruszamy na południe, w kierunku Banfory i granicy z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Droga jest zadziwiająco dobra, kresowe miasteczko Banfora ma w sobie coś chilloutowego, a pierwszym naszym przystankiem jest Tengrela. To niewielka miejscowość ze sporym jeziorem, słynącym z hipopotamów. Jak wiemy, stworzenia te są najniebezpieczniejszymi zwierzętami Afryki, ale chyba któryś z turystów nie uwierzył, że taki milusi hipcio może być niemiły i… został zjedzony. Turysta, nie hipcio. W związku z powyższym zawieszono do odwołania wycieczki łodzią po tymże jeziorze. Pozbawieni zatem atrakcji turystycznej jedziemy dalej – do Fabedougou.

Miejsce nieziemskie, jakby księżycowe, trochę podobne do Bungle Bungles w Australii, z tym, że tam jest tłoczno niczym u nas we Władku latem, a w Burkinie byliśmy sami. W kasie akurat skończyły się bilety (sic!), ale nasz przewodnik z kasjerem jakoś nasz wstęp uzgodnił (Afryka jest easy-going). Domes de Fabedougou są formacjami skalnymi, zupełnie ni w 5 ni w 9 wyrosłymi z zupełnie płaskiej ziemi, jakby spadły z kosmosu, jakby ktoś je zbudował… Wspinaczka na dowolnie wybraną kopułę nie jest specjalnie wyczerpująca, z tych najwyższych widać w przejrzystym powietrzu okolicę w promieniu chyba 50 kilometrów. Choćby po to warto do Burkiny pojechać…

W nieodległych wodospadach Kerfiguela turyści natomiast byli, nawet biali, bo to świetne miejsce na piknik, na odpoczynek, na bezpieczną kąpiel, jedno z niewielu niewyschniętych w suchej porze roku. Tworzą więc te skały nie tylko epicki zaiste wodospad, ale i małe jeziorka, w których można się popluskać, a nawet wykąpać. Z najwyższego wodospadu widok na okolicę niczym z Pożegnania z Afryką, można patrzeć bez końca i się egzaltować. Bardzo jest tam pięknie.

Potem pyszny lancz w knajpie prowadzonej przez małżeństwo francusko-burkińskie w Banforze, (Le Calypso, przyjemne miejsce, także hotel), a następnie kierujemy się w kierunku największej cukrowni w kraju, z mojego przewodnika wynikało bowiem, że można ją zwiedzić, dlaczego więc nie? Niestety, jak nam powiedziano – z powodów bezpieczeństwa – taka możliwość zwiedzenia ad hoc została zawieszona, ale „można napisać pismo do dyrekcji i w ciągu trzech tygodni ono zostanie rozpatrzone”. Nasz kierowca uznał tę możliwość za „obiecującą” i gorąco do tego namawiał (W Afryce pojmują czas inaczej niż w Europie).

Kilka kilometrów dalej – znacznie mniejsza fabryczka – Stowarzyszenia Wouol. To maleńkie przedsiębiorstwo, w którym zatrudnienie znajduje 70% kobiet, produkujące przetwory z mango, orzeszki ziemne oraz – masło shea. Wszystko fair-trade, do kupienia w małym sklepiku, gdzieś na końcu świata, nieco z boku okropnej drogi, podczas której trzęsło niemiłosiernie. Ale smak schłodzonego soku z mango wart był tych i każdych innych turbulencji. Kupiłem też konfitury, czekają na specjalną okazję.

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Wrocławski Jubileusz

Urodzinowym spektaklem Teatru Polskiego w styczniu 2016 będzie Wyzwolenie Stanisława Wyspiańskiego w...
Czytaj wiecej