Fanowski „Dragon Ball Z: Light of Hope” lepszy od hollywoodzkiej adaptacji?

"Dragon Ball Z: Light of Hope", fot. Robot Underdog
"Dragon Ball Z: Light of Hope", fot. Robot Underdog
Aktorskie adaptacje wytworów japońskiej kultury wciąż sprawiają hollywoodzkim twórcom olbrzymie problemy. Tymczasem gdzieś w internecie grupka zapaleńców stworzyła fanowską wersję "Dragon Ball Z", którą wszyscy pokochali!

Choć od premiery hollywoodzkiego „Dragonball: Ewolucja” minęło przeszło osiem lat, fani japońskiej serii wciąż pamiętają ten blamaż. W serwisie IMDb ocena filmu, którego produkcja pochłonęła ponad 30 milionów dolarów, wynosi 2,6/10, a jego klęska po dziś dzień przywoływana jest za każdym razem, gdy pojawią się informacje o amerykańskich adaptacjach kolejnych kultowych mang czy anime. Porażka tego konkretnego tytułu jest o tyle druzgocąca, że serial „Dragon Ball Z” jest jednym z najsłynniejszych (obok Pokémonów) towarów eksportowych Japonii. Tym większym zaskoczeniem może okazać się sukces „Dragon Ball Z: Light of Hope”, które nakręcili… youtuberzy. Ich budżet wynosił zaledwie 50 000 $.

"Dragon Ball Z: Light of Hope", fot. Robot Underdog
„Dragon Ball Z: Light of Hope”, fot. Robot Underdog

Fanowski projekt zapoczątkowali Rita i Donnie McMillinowie, zrzeszeni pod szyldem Robot Underdog. Ich „Dragon Ball Z: Light of Hope” to aktorska adaptacja wyemitowanej w 1993 roku „Historii Trunksa”. Oryginalnie „Dragon Ball Z: The History of Trunks” stanowiło odcinek specjalny, umiejscowiony pomiędzy odcinkami 175 i 176 kultowego anime. Pierwsze informacje o pracach youtuberów pojawiły się w lutym 2014. Rok później na ich kanale wylądowało trzynastominutowe „Dragon Ball Z: Light of Hope”. Pilot serii po dziś dzień wyświetlono na YouTubie ponad 28,5 miliona razy!

14 listopada do sieci trafiło kolejne, tym razem trzydziestopięciominutowe nagranie. Odcinek pilotażowy potraktowano jako część pierwszą i dorzucono kolejne dwie. Łączna długość realizowanego przez ponad trzy lata „Dragon Ball Z: Light of Hope” to czterdzieści osiem minut. Co jednak najciekawsze, amatorskie podejście wcale nie oznacza amatorszczyzny. Rita i Donnie McMillinowie mieszkają bowiem w Los Angeles. Wystarczająco daleko od Hollywood, by nie spartaczyć adaptacji, ale też na tyle blisko, by zatrudnić pracujące tam osoby. Aktorzy, których zobaczymy w „Dragon Ball Z: Light of Hope”, mają bowiem niezłe CV. „Deadpool”, „Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz”, „Legion samobójców”, „Westworld”… Próżno jednak szukać ich na ekranie, gdyż zazwyczaj pełnią tam role kaskaderów. Ot, cała tajemnica niskobudżetowego sukcesu!

Niemal 2,5 miliona wyświetleń w ciągu dwóch tygodni to dobry omen dla ekipy Robot Underdog. Co prawda wyemitowane wspólnie części 2 i 3 zamykają historię „Dragon Ball Z: Light of Hope”, jednak jego twórcy (niesieni olbrzymim odzewem fanów) już zapowiadają kolejne adaptacje. Póki co bez konkretnych tytułów, ale pewne jest, że prędzej czy później usłyszymy jeszcze o Ricie i Donnie’em McMillinach.

Autor artykułu
More from Damian Halik

The Third Thumb – przydałby się wam kolejny kciuk?

O tym, jak wielką przewagę nad innymi przedstawicielami świata natury daje posiadanie...
Czytaj wiecej