Gwatelama, Antigua, Panajachel – odkrywam Amerykę Środkową – część 2

O Gwatemali słyszałem okropne rzeczy. Więc przekraczając granicę rozglądałem się dookoła dyskretnie, czy aby nie można gdzieś tanio kupić kałasza, żeby choć taki argument mieć w ręku w zetknięciu ze zbójami.

Gdy tymczasem… jedynym nieprzyjemnym zdarzeniem, z którym musiałem sobie poradzić w trakcie tych byczych trzech tygodni, było odpadnięcie sprzączki od lewego sandała. Kupiłem nowe, w obuwniczym mówili, że handmade. A mówiąc bardziej serio – bo kwestie bezpieczeństwa są naprawdę istotne – podobno dość niebezpiecznie jest w Hondurasie, w każdym razie tak wszyscy twierdzą. Nie byłem, nie wiem, ale do Tegucigalpy bym pojechał. Bo – Tegucigalpa.  W Gwatemali i Nikaragui czułem się bardzo bezpiecznie, komfortowo, społeczeństwo jest miłe (cyt. za D. Masłowską), a turystów w obu tych krajach jest bardzo wielu. Mogę sobie zatem tylko wyobrazić, co się tam dzieje w szczycie sezonu.

Tikal jest dawną stolicą Majów, można to świetnie zachowane miasto zwiedzać na własną rękę, ale lepiej kupić wycieczkę z przewodnikiem, bo jeśli traficie na gadułę, dowiecie się naprawdę ciekawych rzeczy o życiu i całej reszcie w tym mieście przed wiekami. Nasz przewodnik np. miał obsesję na punkcie seksu i każde nienaturalnie rosnące drzewo kojarzyło mu się z kamasutrą.  Tenże – położony w dżungli i świetnie zachowany Tikal – naprawdę robi wrażenie, nawet, jeśli podobnie jak autor tych słów, zwykle nie ulegacie czarowi starożytnych ruin. Naturalnie – najpiękniejsze zdjęcia wychodzą o wschodzie słońca i takie wycieczki, rozpoczynające się o 3 nad ranem, ździebko droższe niż standardowe, także można sobie we Flores zarezerwować.

Flores jest niesłychanie chilloutowym miasteczkiem położonym na niewielkiej wyspie na jeziorze Peten Itza. Jest piękne, ma atmosferę kurortu, w niezliczonych knajpkach słychać języki z całego świata, happy hours są długie, a noclegi – na każdą kieszeń. Na turystów czekają właściciele motorówek, można się wokół jeziora przepłynąć łódką bądź kajakiem, można zwiedzić wioski położone na przeciwległym brzegu, jest plaża… Aż się nie chciało wyjeżdżać.

Ale Antigua okazała się również bardzo przyjemnym miejscem, z tym, że turystów jest tam dziesięciokrotnie więcej, a ceny są mniej więcej o 50% wyższe niż w Tikal. Dosyć byłem zaskoczony wysokością rachunku za piwo w brytyjskim pubie, bo jednak piwo było gwatemalskie, a rachunek jakby londyński. W każdym razie odwiedzić Gwatemalę i nie być w Antigua, to mniej więcej tak, jak przyjechać do Polski i nie zobaczyć Krakowa. Nad miasteczkiem wznoszą się trzy wulkany, z czego jeden jest czynny i sobie tam czasami wypuszcza dymek, co jest nieprawdopodobnie fotogenicznym zjawiskiem. Uspokajam, wulkan jest oswojony i leniwy, Antigua losu Pompejów raczej nie podzieli.

No więc Antigua jest najpopularniejszym miejscem wśród turystów odwiedzających i Gwatemalę, i w ogóle Amerykę Środkową, jest także bardzo modnym miejscem do nauki języka hiszpańskiego, istnieją w miasteczku szkoły, niektóre oferujące bardzo wysoki poziomem nauczania, nic więc dziwnego, że miejsce to ma atmosferę kurortu połączonego z ośrodkiem akademickim, do tego bliskość trzymilionowej stolicy kraju powoduje, że jest tam zawsze gwarno.

Także Antigua najpiękniej wygląda o świcie, kiedy turyści jeszcze śpią, kiedy światło poranka pada na kolorowe domki, kiedy nad brukiem unosi się cieniutka mgła, a nad wulkanem wznosi się strużka dymu. Później zjawiają się pierwsi handlarze, oferujący turystom własnej produkcji tkaniny, biżuterię i ozdoby, ale – jeśli nie umiecie się targować – lepiej wybrać się do takiego supermarketu z pamiątkami, w tym gigantycznym holu można kupić właściwie to samo, co oferują na ulicach, w lepszych cenach, ba, można za zakupy płacić kartą. Kupiłem więc m.in. pocztówki do wysłania (słodki oldskul, prawda?), a tu niespodzianka – otóż w Gwatemali nie ma poczty. Tzn. nie istnieje. Nie ma i już, „zawiesiła operacje”. I co im zrobisz? I mimo braku poczty, to państwo wydaje się funkcjonować zupełnie przyzwoicie.

Trzy godziny drogi od Antigua leży Panajachel. I również tam jest bardzo przyjemnie, a wulkany otaczające jezioro Atitlan tworzą jedną z najbardziej pocztówkowych panoram świata. Miasteczko leży ponad 1500 m nad poziomem morza, potrafi tam być zatem dość chłodno, nawet latem, nie dziwimy się więc, że w sklepach z pamiątkami sprzedają bajecznie kolorowe czapki i inne wełniane utensylia, oczywiście ręcznie robione i stanowiące piękny prezent dla bliskich. Do położonych wzdłuż jeziora miasteczek i miejscowości dostajemy się publicznym transportem wodnym (albo wynajmujemy łódkę dla siebie). I jeśli myślicie, że w takim miejscu znajdziecie tam atmosferę kresów, końca świata, czy czegoś takiego – to się mylicie. Bo oto w San Pedro, party town impreza chyba nigdy się nie kończy, w San Marcos miłośnicy ezoteryki znajdują recepty na lepsze życie (tu jest zdecydowanie ciszej, gdyż rwetes utrudnia jogę), może ew. w Santiago można znaleźć jakieś względnie normalne gwatemalskie życie bez tumu turystów szukających „autentyczności”.

 

cdn

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Małe eksperymenty ze szczęściem. Sekretny dziennik Hendrika Groena, lat 83 i ¼

Jeśli jesteście w okolicach czterdziestki, to prawdopodobnie zaczytywaliście się (oraz oglądaliście w...
Czytaj wiecej