Jason Bourne

Kiedy w 2002 roku wszedł do kin film „Tożsamość Bourne’a” na podstawie prozy Roberta Ludluma, nie byłem jego specjalnym fanem. Kolejna część już podobała mi się bardziej, a trzecią uznałem za jeden z lepszych filmów akcjo po 200 roku. Dlaczego? To chyba zasługa duetu Damon, Greengrass.

Kiedy w 2002 roku wszedł do kin film „Tożsamość Bourne’a” na podstawie prozy Roberta Ludluma, nie byłem jego specjalnym fanem. Kolejna część już podobała mi się bardziej, a trzecią uznałem za jeden z lepszych filmów akcjo po 200 roku. Dlaczego? To chyba zasługa duetu Damon, Greengrass.

Za pierwszą część cyklu odpowiedzialny był Doug Liman — reżyser mający w swojej karierze filmy bardziej i mniej udane. Tożsamość Bourne’a to film właściwie poprawny. Mamy tam przyzwoitą akcję, dobre aktorstwo, a sam film jest zrealizowany w taki sposób, że przyjemnie nam się go ogląda. Jednak nie porywa. Sam Matt Damon miał w sobie jeszcze wtedy chyba zbyt dużo chłopięcego uroku i jakoś nie do końca przekonywał jako maszyna do zabijania, choć nie da się ukryć, że dobrze ukazał on zagubienie postaci w jej sytuacji.

Za Krucjatę Bourne’a odpowiedzialny jest Paul Greengrass. Tym filmem przyciągnął on moją większą uwagę do serii. Tu wszystko było lepsze, a zwłaszcza pod kątem technicznym. Akacja szybsza, lepszy montaż, więcej się działo na ekranie. Sam bohater jakiś taki bardziej żywy, w jakiego jestem w stanie uwierzyć i mu kibicować. W dodatku pojawiło się nawet trochę humoru, choć nie takiego oczywistego. Zabawa bardzo dobra, a to wszystko to poniekąd cisza przed burzą, jaka miała dopiero nadejść w kolejnej części cyklu.

Tak też się stało w Ultimatum Bourne’a, w którym zarówno Matt Damon, jak i Paul Greengrass pokazali swoje pazury. W tym filmie Bourne był dla mnie o wiele lepszym Bondem od współczesnego Jamesa Bonda — co prawda nie było tylu pięknych kobiet i rozmaitych gadżetów, ale jeśli ktoś chciał zrobić świetny film akcji o agencie, to zrobił to właśnie Greengrass. Wybacz Craig, dla mnie już zawsze będziesz najgorszym Bondem i dostałbyś niezłe lanie od takiego Bourne’a. Znakomity montaż, wartka akcja i zazębiająca się intryga to elementy, które są tu obecne niemal przez cały film. Na koniec jesteśmy wręcz smutni, że film się skończył.

Niestety zarówno reżyser, jak i odtwórca głównej roli zapowiedzieli, że nie wezmą udziału w kolejnym filmie, ale producenci postanowili kuć żelazo i powstało Dziedzictwo Bourne’a, które jest niejako spin-offem całej serii, gdyż sam Bourne tu nie występuje, za to głównym bohaterem jest tu inny uczestnik programu szkoleniowego. Sam film nie jest może jakiś sam w sobie zły, ale jednak wraz z Damonem stracił to coś, co przyciągało nas do tego cyklu. Plus widać, że zmienił się reżyser.

Jednak nic nie trwa wiecznie, a podobno tylko krowa nie zmienia zdania. Zarówno Matt Damon, jak i Paul Greengarss zdecydowali się powrócić do postaci, która obu panom otworzyła wiele drzwi. Damon mówił, że znów weźmie udział w kręceniu przygód Bourne’a tylko wtedy, gdy Greengrass będzie miał wziąć w tym projekcie udział. Udało się. Na ekrany naszych kin wchodzi właśnie Jason Bourne. Nie mogę się doczekać chwili, aż zasiądę w kinowym fotelu i znów spotkam się z tą postacią.

Na co jeszcze do kina?

Jeśli jednak nie jesteście fanami przygód tegoż agenta, to możecie się wybrać na jeszcze dwie premiery. Zjednoczone stany miłości, najnowszy film Tomasza Wasilewskiego, twórcy Płynących wieżowców. Film bardzo wyczekiwany i chwalony na festiwalach (między innymi Srebrny Niedźwiedź na festiwalu w Berlinie za najlepszy scenariusz). Drugą pozycją może być kolejna odsłona Epoki lodowcowej, zatytułowana Epoka lodowcowa: Mocne uderzenie. Mnie się osobiście ta seria już mocno przejadła, ale może Wy chętnie pójdziecie. Zwłaszcza ze swoimi pociechami.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Coco – no i znów byłem dzieckiem przez dwie godziny

W polskich kinach od dziś możemy oglądać najnowszą animację Pixara zatytułowaną Coco....
Czytaj wiecej