LINZ

Linzu nie znajdziemy w zestawieniu tysiąca miast, które musisz zobaczyć przed śmiercią.

Linzu nie znajdziemy w zestawieniu tysiąca miast, które musisz zobaczyć przed śmiercią. Jednak nie ma go również na liście tysiąca najbrzydszych miejsc świata. To po prostu jedno z zamożnych miast Europy, całkiem gemutlich, niezbyt wielkie, ładnie położone nad Dunajem, z interesującymi miejscami do zobaczenia – słowem: w sam raz takie, żeby spędzić tam kilka wiosennych godzin.

Zwiedzanie Linzu jest łatwe, bo większość zabytków leży przy głównym deptaku miasta – Landstrasse. Obejrzawszy gigantyczną katedrę, kilka innych kościołów oraz luterański zbór, zatrzymujemy się na Placu Głównym na kawę i robimy sobie zdjęcie przy kolumnie morowej z połowy XVIII wieku. Stamtąd wyglądamy tramwaju linii 50, zaopatrujemy się w bilety (uczulam – system biletowy Linzu jest dość skomplikowany i nieoczywisty) i jedziemy aż do końca, na Postlingberg. Latem na tej trasie kursują stare wagoniki, co jest dodatkową atrakcją dla chłopców bawiących się kolejkami (i ich tatków rzecz jasna).

Ta przejażdżka jest naprawdę fajna, gdyż tramwaj podczas 20-minutowej jazdy wspina się na dość stromą górę, a na miejscu – oprócz pięknej bazyliki Najświętszej Marii Panny od Siedmiu Boleści – mamy także tarasy z zapierającymi dech widokami miasta, okolic i ośnieżonych szczytów Alp. Linz jest miastem przemysłowym, więc na naszych zdjęciach uwiecznimy również dymiące kominy, ale – co ciekawe – ten industrialny element w jakiś niewytłumaczalny sposób pasuje do całości.  Nazywa się to „architekturą krajobrazu” i bardzo o to w Austrii dbają.  W jednej z grot na tymże Postlingbergu kursuje w sezonie Grottenbahn, kolejna kolejka, bajkowy pociąg przejeżdża przez osiemnastowieczny Linz, w którym na bocznych uliczkach miasta spotkamy krasnoludy i inne postaci z bajek i baśni. Byczo.

©Rafał Turowski_3

Zjeżdżamy nad dunajskie nadbrzeże , bo tam mieści się muzeum, którego nie wolno przegapić –Ars Electronica Center. Coś jak nasze Centrum Kopernika, z tym, że jeszcze bardziej. Można tam spędzić cały boży dzień bawiąc się np. drukarką 3D, mieszając odczynniki w laboratorium chemicznym czy grając bezgłośnie na perkusji… Za moich czasów w muzeach wisiały tabliczki „nie dotykać”, a tutaj – wręcz przeciwnie! Wszystko jest nowoczesne, interaktywne, doświadczalne, a w zrozumieniu istoty owych doświadczeń pomagają nam pracujący na miejscu instruktorzy.

Po odciągnięciu mnie siłą z muzeum, został jeszcze mały kwadrans by rzucić okiem na miejscowy port, gdzie znajdziemy murale, z których Linz słynie. Cóż, akurat ta atrakcja była ździebko rozczarowująca w porównaniu z fenomenalnym łódzkim street-art.  Ale byłem, widziałem i zdjęcie zrobiłem.

©Rafał Turowski_1

Dodać trzeba, że Linz był ukochanym miastem Hitlera, który chciał je podnieść do rangi Berlina czy Paryża. Ślady nazizmu w mieście i okolicach są widoczne. Wspomnę tylko o leżącym nieopodal Linzu jednym z największych i najcięższych hitlerowskich obozów koncentracyjnych, w którym straciło życie ponad 100 tysięcy więźniów. Dziś w Mauthausen mieści się muzeum przypominające horror tamtych czasów.

Tagi wpisu
, ,
Autor artykułu
More from Rafał Turowski

COMING OUT W TEATRZE DRAMATYCZNYM

Warszawski Teatr Dramatyczny nie tylko przez cały lipiec intensywnie gra na wszystkich...
Czytaj wiecej