Magia z West Endu

Na dwa dni przed rozpoczęciem długiego majowego weekendu, wybrałem się do Londynu. Główną atrakcją miał być musical Disneya – „Aladdyn”.

Animacje ze studia Walta Disneya kocham od dziecka i do dziś się to nie zmieniło. Uwielbiam zarówno stare filmy, które tworzył jeszcze sam słynny animator, a także te z czasów mojego dzieciństwa oraz nowsze, współczesne produkcje. Podobnie zresztą ma moja narzeczona, która tak jak ja, potrafi oglądać różne tytuły po kilka razy.

Jedną z naszych ulubionych animacji jest Aladdyn. Dodatkowo, to jeden z pierwszych filmów, jakie wspólnie obejrzeliśmy, dlatego mamy do niego szczególny sentyment.

Na londyńskim West Endzie (to odpowiednik amerykańskiego Broadwayu) od kilku lat jest wystawiany musical Król Lew. Słyszałem od wielu osób, że jest to znakomite widowisko, które naprawdę warto zobaczyć. Narzeczona postanowiła zrobić mi prezent na urodziny, którym miałby być wyjazd do Londynu na musical. Akurat nie było biletów na Króla Lwa, więc wybór padł na inną pozycję, jaką był właśnie Aladdyn. Nie mogliśmy się doczekać.

Z różnych względów musieliśmy jednak przełożyć nasz wyjazd o kilka miesięcy, ale na szczęście nie było żadnych problemów z wymianą biletów na inny termin, który przypadł na końcówkę kwietnia.

Wielokrotnie byłem w Polsce w teatrze. Zarówno na tradycyjnych sztukach dramatycznych lub komediowych, a także na musicalach. Wiedziałem więc czego mniej więcej się spodziewać. Nie podejrzewałem, że będę aż tak zachwycony tym, co zobaczyłem.

Realizacja spektaklu stoi na niezwykle wysokim, światowym poziomie. Fascynująca scenografia, kostiumy, a nawet efekty specjalne. Wszystko niemal zapierało dech w piersi swoim wyglądem. Momentami bardzo mi to przypominało produkcję rodem z Bollywood, dzięki swoim kolorom, tańcem i rozmachem.

Właśnie, musical to przecież taniec i śpiew. Wszyscy aktorzy śpiewali doskonale – może nie nadawałbym się jurora Idola, ale sądzę, że oni również nie mogliby się absolutnie do niczego przyczepić. Trochę się bałem, że z racji tego, iż angielski nie jest moim pierwszym językiem, mogę nie zrozumieć pewnych kwestii. Nic bardziej mylnego. Aktorzy śpiewali czysto, z piękną dykcją i akcentem. Jedyną przeszkodą w zrozumieniu kwestii, mogła być tylko nieznajomość słownictwa.

Podobnie sprawa wyglądała z tańcem, gdzie wszystko wyglądało zjawiskowo. Twórcy choreografii naprawdę się postarali i przygotowali układy, które zawierały rozmaite style taneczne. Doskonale się to ze sobą łączyło i komponowało w całą konwencję przedstawienia.

Na szczególną uwagę zasługuje postać Dżina – z resztą podobnie jak w przypadku animacji. Choć w tytule filmu i spektaklu jest Aladdyn, to właśnie Dżin jest tu najbarwniejszą postacią, która błyszczy w każdym momencie, kiedy znajduje się na scenie. Bardzo podobało mi się jak nawiązywał on kontakt z publicznością i często od jej reakcji zależało, co zrobi dalej. Tak samo kilka z jego kwestii zostało uwspółcześnionych, dlatego znalazły się w nich nawiązania do współczesnej popkultury – np. do piosenkarek Beyonce czy Rihanny. Niezwykle przypadło mi do gustu wstawienie przez niego fragmentów piosenek z innych produkcji Disneya, jak choćby Małej syrenki czy Pięknej i Bestii.

Musical delikatnie różni się od swojego animowanego pierwowzoru. Nie są to znaczące różnice, które sprawiłyby, że wydźwięk historii się zmieni. To wycięcie niektórych mniej istotnych scen lub ich drobne dostosowanie na potrzeby spektaklu. Uważam, że wyszło to całości na dobre, bo oglądało mi się to przyjemniej. Być może jednak, znam oryginał zbyt dobrze i zmiany były po prostu dla mnie ciekawym urozmaiceniem.

Aladdyn trwa dwie i pół godziny, wraz z wliczoną kilkuminutową przerwą. Całość jest wspaniałym przeżyciem i nawet na chwilę się nie nudzi. Ten czas zleciał naprawdę szybko i żałowałem, że nie mogłem już nic więcej zobaczyć. Czy warto wybrać się do Londynu ten spektakl? Zdecydowanie! Jestem jednak świadom, że cała wycieczka i bilety nie są najtańsze, ale myślę, że każdy kto lubi Disneya i może sobie pozwolić na taki wydatek, powinien rozważyć taki wyjazd. Ja wiem, że chciałbym zobaczyć ten musical jeszcze raz, a na pewno obejrzeć w końcu „Króla lwa“, który ponoć, również jest tego wart.

Przedstawienie można również obejrzeć na Broadwayu w Nowym Jorku, jednak z inną obsadą. Ta, którą ja widziałem, była znakomita i chyba lepszej nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

Podsumowując, gorąco Wam polecam „Aladdyna“ w wersji musicalowej. Ja oraz moja narzeczona, która to sprawiła mi wspaniały prezent. Mam nadzieję, że na inne tego typu spektakle, ja również będę mógł ją zabrać.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Życie animowane

Czy magia kina może sprawić, że życie będzie łatwiejsze i przyjemniejsze? Oczywiście....
Czytaj wiecej