O pewnym grudniowym weekendzie

Piątek. Kończę robotę, jadę do Modlina...

Trochę problemów z parkingiem, odprawa sprawna, samolot wystartował o czasie, prawie nie rzucało, a kawa na pokładzie – choć z fusami – to rzeczywiście prawdziwa, a nie – jak to zwykle bywa –  kawopodobna.

A w ogóle pomysł na tenże city-break powstał – paradoksalnie – z winy przewoźnika, który odwołał loty do Wrocławia, dokąd miałem lecieć (za 19 złotych chyba), więc żeby pasażer się nie gniewał, to przewoźnik dał kupon na 40 euro. Więc wykorzystałem, bo inaczej by się zmarnowało, starczyło na lot do Bolonii i z powrotem i na wybór miejsca w samolocie.  Lotnisko w Bolonii niezbyt wielkie, znajduję moją wypożyczalnię, wziąłem najtańszą pandę, ale pan zaproponował pięćsetkę – w sensie fiata 500 – z turbodieselem. Biorę, 12 euro więcej, a przecież wypas. Do Rimini autostradą, 10 euro z niewielkim hakiem, w Rimini hotel ze śniadaniem za 25 euro za dobę. Trzy gwiazdki, bardzo miło.

W piątkowy wieczór w Rimini knajpy pełne, ceny właściwie jak w Warszawie – pizza od 7 euro, zestaw wędlin – od 9, niedrogo, bo „niski” sezon. A i tak zdumiewająco dużo ludzi i na nadmorskiej promenadzie i na starówce, tam akurat pierwszy dzień jarmarku bożonarodzeniowego. Trochę zimno, 4 stopnie, ale w końcu jest grudzień. No i napitki niestety dość kosztowne, ale z taniego piwa to Polska słynie, a nie Włochy.

Sobota rano

Leje jak z cebra. Ale przecież nie jesteśmy z cukru, a i samochodzik nie przecieka. Pada, to i przestanie – jak mawiała moja pani od geografii. Kierunek – San Marino, niezbyt daleko, jakieś 20 kilometrów, niepostrzeżenie mija się granicę państwa, bo to ani strażników, ani słupów ani nic. Po prostu nagle San Marino i już. Myślałem, że jest znacznie mniejsze, a tymczasem – oprócz samego zamczyska, to także rozrzucone wokół niego miejscowości ze wszystkim, co każde szanujące się państwo mieć powinno. Ale nas najbardziej interesuje stolica, czyli… San Marino. Fiacik z pewnym wysiłkiem wspina się pod górę krętą drogą, chmury i gęsta mgła spowijają wzniesienie więc – choć 9 rano – widoczność jakby zerowa, ale szczęśliwie przestało padać. Znajdujemy parking blisko murów obronnych (8 euro za dzień albo 1 euro/h, parkometru), i – w drogę! A propos parkometru – wydaje resztę w eurach sanmarińskich, gdyby ktoś chciał na pamiątkę.

Z bliżej nieznanych powodów zarówno Rimini jak i San Marino jest ulubionym miejscem pobytu turystów z Rosji, więc na uliczkach słyszy się przede wszystkim rosyjski, także nie powinny dziwić reklamy pisane cyrylicą. Język polski jest również mieszkańcom Republiki znany, w każdym razie właścicielom sklepików, a za znany i używany tu slogan „Taniej niż w Biedronce” kreatywny powinien dostać złoty medal. Aha, weźcie paszporty. Bo za 5 euro w biurze informacji turystycznej można kupić specjalną naklejkę i stempel z „wizą” do San Marino. Trochę to próżność, ale w sumie – dlaczego nie mielibyśmy sobie na nią pozwolić? Jak ktoś wysyła pocztówki, to donoszę, że poczta główna w remoncie, ale śliczne znaczki można kupić w biurze filatelistycznym, które również ma egzemplarze kolekcjonerskie.

 

Liczące sobie ponad 1716 lat (sic!) miasteczko jest świetnie oznakowane, na każdym właściwie rogu umieszczono mapki, są drogowskazy kierujące do interesujących turystów obiektów i w ogóle jest tu bardzo miło. Do zwiedzenia są m.in. trzy twierdze, które same w sobie są niesłychanie fotogeniczne, i z których widok jest nieziemski, niestety – akurat to mogłem sobie jedynie wyobrazić, gdyż – jak już wspominałem – była gęsta mgła. Bardzo przyjemny jest spacer wzdłuż murów obronnych, z bajkowymi widokami na niżej leżące części Republiki, oczywiście kościoły, w tym bazylika Św. Maryna, muzea – i te „poważne”, jak historyczne, jak i te mniej poważne – jak muzeum tortur. Ja akurat najbardziej lubię się szwendać bez specjalnego planu, trochę zgubić i niespodziewanie natrafić na coś interesującego, a do takiego zwiedzania San Marino nadaje się idealnie. Potem obiad, kawka, jakieś drobne zakupy (czekolada Made In San Marino) i powoli zaczęło się robić popołudnie – oraz kończył się wykupiony czas w parkometrze.

Sobota po południu

Diabeł niestety podkusił, w okolicy Rimini jest kilka fajnych outletów z modą męską.

Niedziela

Po włosku śniadanie to „colazione”. Zabawne, prawda? Powrót autostradą do Bolonii, sprawny check-in, nie rzucało zupełnie tym razem, i – lądowanie w zamglonym Modlinie pół godziny przed czasem. I jeszcze zostało całe niedzielne popołudnie i wieczór na ogarnięcie warszawskiej już codzienności.

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Szkoda, że jest nierządnicą – John Ford

Tekst Johna Forda liczy sobie lat ponad trzysta, ale na scenie Teatru...
Czytaj wiecej