Ouagadougou – zwiedzając Burkina Faso

Nasz autobus z Bobo przyjechał na dworzec zachodni w Ouaga dość późno wieczorem, więc do hotelu pojechaliśmy taksówką. Naturalnie, połączenie braku znajomości – miasta przez taksówkarza, i francuskiego przez nas – poskutkowało tym, że szukaliśmy hotelu dobrą godzinę.

Nasz autobus z Bobo przyjechał na dworzec zachodni w Ouaga dość późno wieczorem, więc do hotelu pojechaliśmy taksówką. Naturalnie, połączenie braku znajomości – miasta przez taksówkarza, i francuskiego przez nas – poskutkowało tym, że szukaliśmy hotelu dobrą godzinę.

Ale w końcu jest! Skromny bo skromny, pokój z niedziałającym telewizorem oraz bieżącą wodą, wcale nie aż tak zimną.  Jedyne 80 złotych za dobę, jak na warunki afrykańskie jest to kwota niewielka.

Następnego dnia wybieramy się do Parku Narodowego Nazinga i w tym momencie opowieści muszę wprowadzić kolejnego jej bohatera – Hermana. Herman jest taksówkarzem, którego niechcący poznaliśmy tuż po przylocie i który mówi po angielsku „a little bit”. Zważywszy, że my nie mówimy po francusku WCALE, jego „odrobinka” angielskiego w sumie ratuje nam kilka razy tyłki. Jedziemy więc na safari! Po drodze Herman dwukrotnie prawie nas zabija, zasypiając za kierownicą (I am sleepy, ha ha ha), docieramy, płacimy po 10 tys. CFA od łebka za wstęp (80 zł) i już za chwilę widzimy pierwsze stado słoni. Dodam, że należy się powstrzymać przed wychodzeniem z pojazdu, żeby zrobić sobie selfie czy też wrzucić ssaka na snapa, gdyż słonie (słonice mówiąc ściśle) są u siebie w domu i każdy gest człowieka, który odczytają jako zagrażający potomstwu, może się skończyć niemiło, gdyż słonie biegają zaskakująco szybko. Musieliśmy na miejscu wynająć specjalnego jeepa z przewodnikiem (kolejne 50 eurasków), który to przewodnik (a nie jeep) przez dobrze trzy godziny pokazywał nam życie i całą resztę na sawannie. Lwów nie widzieliśmy, a małpy są całkiem fajne, choć bezczelne. W drodze powrotnej Herman ponownie chciał nas umieścić w rowie, tym razem był „sleepy”, bo się najadł i był „tired”. Jakoś – chwała Bogu – wróciliśmy.

31 grudnia zwiedzaliśmy Ouagadougou. Miasto jest dojmująco pozbawione atrakcji turystycznych, więc zwiedza się je łatwo, idąc, gdzie oczy poniosą i węch zaprowadzi. Może zwrócić warto uwagę na dwa obiekty, z czego jeden jest naprawdę fajny – mianowicie Village Artisanal. W tejże wiosce artystycznej, leżącej ździebko na uboczu metropolii, mają swoje warsztaciki miejscowi artyści i można tam, nie będąc nagabywanym, spokojnie obejrzeć, potargować się i kupić naprawdę piękne rzeczy. Począwszy od koralików, poprzez metalowe figurki, a skończywszy na rzeźbach, instrumentach muzycznych czy obrazach. Ta wioska jest bardzo miłym miejscem, po całym dniu w kurzu nastawiamy się na chillout, słuchamy muzyki na żywo, pijemy piwko i jemy coś niewielkiego.

Ta druga atrakcja to Pomnik Męczenników. Dość duża budowla leżąca nieco na południu miasta, w dzielnicy OUAGA 2000, taksówkarz nie mógł zrozumieć, po co tam chcemy jechać. Słusznie. Obsługa też była zdziwiona widząc dwóch białasów, winda była nieczynna, widok z góry niespecjalnie różniący się od tego z dołu, oraz próbowano wymusić na nas „contribution”. Uświadomiliśmy więc obsługę, że datek – siłą rzeczy – jest czymś dobrowolnym, więc próba wyłudzenia przez nich 2000 CFA jest czymś niestosownym, zostawiliśmy więc po tysiącu, a oni mówili coś bardzo głośno po francusku, ale nie wiemy co, bo nie było z nami Hermana.

W samym centrum miasta, tuż obok gwarnego i niemiłosiernie zakurzonego rynku, znajduje się prawdziwa oaza spokoju. Jest nią – posiadająca śliczne patio z figurką Matki Boskiej – restauracja prowadzona przez zakonnice karmelitanki – L’Eau Vive. I to miejsce wybraliśmy na przywitanie nowego roku. Siostry gotują świetnie, podają nawet alkohol, a wieczór sylwestrowy cieszył się tak wielkim zainteresowaniem, że zarezerwowaliśmy ostatni stolik niemal rzutem na taśmę. Nadszedł wieczór, a tutaj piękne panie w nienagannych kreacjach, panowie w szytych na miarę paryskich garniturach, koafiury, poszetki, ę, ą… Cała burkińska elita zdawała się spędzać tu sylwestra. Siostry odśpiewały o 21.45 – jak to czynią codziennie – Ave Maria (sic!) i gdzieś między rybą a deserem doznałem olśnienia, że wszyscy tu razem jesteśmy idealnym celem dla terrorystów, wśród katolickich zakonnic, miejscowych władz i kilkorga białych. Ale organizatorzy też o tym pomyśleli, bo – po pierwsze – dwukrotnie byliśmy sprawdzeni przed wejściem, a po wtóre – co chwilę, niezauważenie – jak im się wydawało, wizji lokalnej po krużgankach i bocznych korytarzach dokonywali rośli panowie z kałasznikowami. Ale ponieważ nikt się nie bał, więc nie baliśmy się i my, wesoło zaczęliśmy nowy rok, a następnego dnia ruszyliśmy na wschód, w kierunku Beninu.

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Elfriede Jelinek – WŚCIEKŁOŚĆ

Wściekłość Mai Kleczewskiej w Powszechnym jest jednym z najlepszych spektakli, jakie widziałem...
Czytaj wiecej