U świętego Tomasza

Nowy rok dla tego maleńkiego państewka rozpoczął się zmianami nieledwie rewolucyjnymi. Ale rewolucji nie było, obywatele i nieliczni wciąż turyści zarówno do denominacji jak i zmiany czasu, podeszli leve-leve. Znaczy - na luzie.

Znaczy – na luzie, spokojnie i bez zbędnych emocji. Północ przywitałem z mieszkańcami stolicy pod Fortem Św. Sebastiana (obecnie mieszczącym Muzeum Narodowe), popijając lokalne trunki, i nie zdając sobie sprawy, że jedną decyzją administracyjną o północy była już 1 nad ranem. Czas bowiem to pojęcie względne, szczególnie w Afryce.

Sao Tome e Principe jest 312 razy mniejsze od Polski, z ludnością porównywalną do liczby mieszkańców Torunia bądź Kielc. Walutą tego kraju jest dobra, a od 1 stycznia – nowa dobra, Narodowy Bank Centralny wydrukował z okazji denominacji piękne banknoty z takimi lufcikami i wybił wracające do obiegu monety. Osobiście obciąłbym cztery a nie trzy zera, ale najwyraźniej nie lubią tam małych nominałów. Zresztą – prawie wszędzie można płacić w eurach, a jeśli ktoś potrzebuje pilnie wymienić, to panowie changemoney są dostępni na stacji benzynowej na Sao Tome. Bankomaty bowiem, choć niektóre klimatyzowane i w znacznej części działające, nie rozpoznają europejskich kart. Jak to w Afryce – cash is the king.

Kraj otwiera się na turystów, niedawno dla obywateli Unii Europejskiej zniósł wizy (przy pobytach do 2 tygodni), linie lotnicze oferują wielokrotnie więcej połączeń na wyspę niż jeszcze przed rokiem, w związku z tym absurdalnie wysokie ceny biletów na Sao Tome spadły do poziomu akceptowalnego dla Afryki i można się tam wybrać nawet za nieco ponad 400 euro, oczywiście w obie strony. Gorzej przedstawia się sytuacja z wyspą Principe, dokąd lata jedyny samolocik linii Air Sao Tome raz dziennie (prawie codziennie), bo chętnych na przelot jest dużo więcej niż może pomieścić 18-osobowa maszyna. I taki przelot kosztował w grudniu 250 euro w obie strony (za 20 minut lotu), zostawiłem więc Wyspę Książęcą bogatszym turystom, zaszczycę ją swoją obecnością następnym razem, jak będzie taniej, tymczasem przez tydzień poznałem Świętego Tomasza całkiem dokładnie i wszystkie moje wyobrażenia o tym miejscu się potwierdziły. Otóż – jest to raj.

W sumie – trochę się spóźniłem. Jeszcze przed dwoma, trzema laty w wioskach gdzieś na krańcach dróg podobno dzieci z płaczem uciekały widząc białego. Dziś turystów jest zdecydowanie więcej, choć na pewno o trendzie masowym mówić nie można. Mam jednak nieodparte wrażenie, że właśnie do tego zmierza rząd Wysp, dlatego – jeśli chcecie zobaczyć ten kawałek raju względnie nienaruszony – wybierzcie się. Później tłumy doprowadzą to miejsce do ruiny. Na razie z biurami podróży zjawiają się tu zamożni przyjezdni, głównie z Portugalii i Francji, oraz – wielu cudzoziemców pracujących w bogatej Luandzie, którą od Wysp Św. Tomasza dzieli zaledwie 90 minut lotu. I ci zamożni zatrzymują się w kurortach, resortach, czy jak to zwał, wyglądających dokładnie tak samo na całym świecie, w których ceny noclegów zaczynają się od mniej więcej 200 euro za dobę. Jak ktoś chce – to oczywiście można, całe pakiety znajdziecie na stronach internetowych biur podróży. Są też niewielkie pensjonaty i hoteliki, wiele z nich można zarezerwować przez Internet za pomocą popularnych serwisów, ceny zaczynają się od 30 euro za dobę za zupełnie przyzwoite warunki, niekiedy nawet ze śniadaniem. Niestety, większość z nich mieści się w stolicy państwa, poza miastem Sao Tome baza hotelowa jest więcej niż skromna, a najbardziej oddalone od cywilizacji hotele na wyspie, np. przy plaży Jale (dojazd możliwy tylko autem z napędem 4×4), trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem, szczególnie w sezonie, tzn. na nowy rok i w sierpniu.  Przez Internet wypożyczyłem takiż samochód, ceny – od ok. 35 euro/dobę, ale inaczej zwiedzanie wyspy nie ma sensu, drogi są bardzo złe, do wielu miejsc zdecydowanie wartych zobaczenia auto osobowe po prostu nie dojedzie. Jest oczywiście transport zbiorowy – żółte busiki dojeżdżają wszędzie tam, gdzie jest choć trochę asfaltu na drodze, można też wynająć taksówkę, tutaj przydadzą się zdolności negocjacyjne i choć podstawowa znajomość portugalskiego. Drugim językiem wyspy jest francuski, zaś angielski jest nieledwie równie egzotyczny i nieznany, co polski.

Ciąg dalszy nastąpi.

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Brno na jesienne smutki

Brno kojarzone jest z… seksem. Zobacz dlaczego
Czytaj wiecej