Uwe Boll: Filmy najgorsze z najgorszych [TOP10]

Uwe Boll, fot. Sascha Senicer
Uwe Boll – niemiecka odpowiedź na Davida Lyncha; wszechstronnie uzdolniony artysta, istny człowiek renesansu... przynajmniej tak mu się wydawało. Dla reszty ludzkości jest po prostu "najgorszym reżyserem na świecie". Skoro zakończył karierę, nie pozostaje nam nic innego, niż podsumowanie jego twórczości.

Uwe Boll – niemiecka odpowiedź na Davida Lyncha. Wszechstronnie uzdolniony artysta. Istny człowiek renesansu… przynajmniej tak mu się wydawało. Dla reszty ludzkości jest po prostu „najgorszym reżyserem na świecie”. Choć od kilku dni powinniśmy mówić o tym w czasie przeszłym.

Ostatni weekend minął pod znakiem pewnego rozgoryczenia, jakie wywołała w fanach kinematografii wieść o wybierającym się na emeryturę Quentinie Tarantino. Jednak kilka dni przed nim, o zakończeniu swej kariery poinformował także inny znany reżyser – Uwe Boll. Dawno nie widziałem w internecie tak zgodnej dyskusji! Niemal każdy zgodził się z faktem, że to dla kina (a w szczególności dla ekranizacji gier) olbrzymia ulga!

Boll to człowiek wielu talentów. Od lat z powodzeniem prowadzi biznes – najpierw BOLU GmbH, obecnie Boll KG. Jest też autorem kilku książek, co właściwie nie powinno dziwić, skoro posiada tytuł doktora literatury. Do historii przejdzie jednak jako twórca filmowy, który jak nikt inny, zjednoczył krytyków, widzów i fanów gier komputerowych. Wszyscy go nienawidzili. Mimo wykształcenia filmowego, Boll sprawiał wrażenie człowieka nie mającego pojęcia o tym, co robi. Jego filmy pod względem technicznym, przypominały raczej kiepski żart. Pod względem fabularnym także leżały – nawet mimo tego, że najczęściej były to ekranizacje bądź adaptacje gier, jednak Boll nie zwykł korzystać z materiału źródłowego. Nawet dialogi, które mogłyby uratować wiele z jego filmów, były suche i operowały iście niemieckim humorem.

Nie filmowiec, a artysta!

Nazywany był współczesnym Edem Woodem, ale obierał to jako komplement. Nic nie było w stanie zrazić go do reżyserskiego fachu. Uważał się za filmowego geniusza. Twierdził, że jego filmy poruszają ważne tematy (jak choćby apokalipsa zombie?). Ale przede wszystkim był sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Filmy finansował samodzielnie, korzystając z niemieckiego prawa do sporych zwrotów podatku. Sporadycznie wspomagali go także rodacy, zachwyceni jego twórczością.

Swoim krytykom miał najczęściej do powiedzenia jedno: „Fuck Yourself!”. Sam natomiast uwielbiał krytykować. Na przestrzeni ostatnich lat oberwało się choćby Michaelowi Bay’owi czy ludziom, którzy próbują finansować swoje projekty za sprawą crowdfundingu (platformom także się oberwało). O własnych filmach mówił wiele, najczęściej w samych superlatywach. Siebie natomiast porównywał do Davida Lyncha czy Sergio Leone. Wszystko jednak runęło, gdy rynek DVD/Blu-Ray zaczął się kurczyć. Boll uznał, że nie jest w stanie dłużej finansować swej kinowej pasji, dlatego musi zakończyć karierę.

Cóż, teraz pozostaje nam tylko pozazdrościć pewności siebie i liczyć, że już nigdy nie znajdzie środków na kolejny film. A na pożegnanie, przygotowałem listę dziesięciu produkcji, którymi Boll nie zachwycił nikogo (poza samym sobą). Oto najgorsze z jego filmów:

10. „Postal” (2007)

Ten film uchodzi za jeden z lepszych, jakie stworzył Boll. Każdy, kto grał w grę „Polstal”, wie jak porąbanym była ona tworem. Film w pewnym sensie też jest, ale jego problemem jest silenie się reżysera, na stworzenie satyry politycznej. Wielu graczom ta adaptacja przypadła do gustu – szkoda tylko, że wszelkie podobieństwa między obiema produkcjami, wyszły Bollowi przypadkiem.

9. „Szczury tunelowe” („Tunnel Rats”, 2008)

Wojna w Wietnamie jest dla Amerykanów nośnym tematem. Okiem Niemca jest ona jednak nieśmiesznym żartem. Film wydaje się jednym z najpoważniejszych, jakie stworzył Boll. Nawet trailer daje takie wrażenie. Wiele elementów może ten obraz wybronić, jednak błędy w scenografii i rekwizytach, przedramatyzowana gra „aktorów” oraz niesamowicie drętwe i nienaturalne dialogi rujnują cały obraz.

8. „Blubberella” (2011)

„Blubberella” to film tak niepoważny, że ciężko jest go oceniać jakimikolwiek kategoriami. Pół-człowiek, pół-wampir wypowiada wojnę nazistom. Zarówno wśród obsady, jak i fabuły, można znaleźć tu wiele nawiązań do trzeciej części „BloodRayne”, co oznacza mniej więcej tyle, że Boll sam siebie postanowił sparodiować. Szkoda, że w sposób bardzo toporny. Niemniej jednak, komedia idealnie nadaje się dla pasjonatów ubogiego żartu.

7. „Seed” (2007)

Olbrzymia i niczym nieuzasadniona dawka przemocy, to słowa, które najlepiej oddają charakter filmu „Seed”. Jednak na tle innych horrorów typu gore, wypada on całkiem nieźle. Problem w tym, że dość mocno inspiruje się fabułą innych filmów.

6. „Dungeon Siege: W imię króla” („In the Name of the King”, 2007)

To jeden z najdroższych filmów w dorobku Uwe Bolla. Dzięki temu możemy zobaczyć w nim sporo znanych twarzy. Jednak nawet to nie jest w stanie nadać odpowiedniej jakości i naprawić nieudolnej reżyserii czy fatalnych dialogów.

5. „Far Cry” (2008)

Z początku wszystko wydawało się w porządku. Zawiązanie akcji czy nawet strój głównego bohatera wskazywały, że Boll wreszcie skorzystał z materiału źródłowego, jakim była gra. To jednak tylko pozory. Bardzo szybko okazuje się, że ta adaptacje jest równie mierna, co pozostałe. Jako fan serii, zdecydowanie nie byłem pocieszony, oglądając film. Gdybym miał wybrać pozycję z dorobku tego reżysera, która najbardziej mnie rani – bez wątpienia wskazałbym właśnie „Far Cry”. Boll ma jednak na koncie gorsze filmy…

4. „BloodRayne 2: Deliverance” (2007)

Gry z serii „BloodRayne” były ciekawymi produkcjami, a Boll stworzył aż trzy filmy na ich podstawie. Niestety jego charakterystyczny „styl” (znaczy się: nieumiejętna reżyseria), amatorska gra aktorów oraz (równie charakterystyczne) słabe dialogi, kładą film na łopatki. Film sam w sobie wygląda na parodię, a trzeba pamiętać, że Boll sam postanowił sparodiować trzecią część „BloodRayne” w filmie „Blubberella”.

3. „Auschwitz” (2011)

„Tunnel Rats” to nie jedyny film wojenny, jaki wyprodukował Boll. Pech chciał, że Niemiec postanowił rozliczyć się także z holokaustem. Na plus można przyjąć znacznie poważniejszy ton filmu, niż miało to miejsce w innych dziełach Bolla. Reżyser postanowił udowodnić swe umiejętności i poruszyć temat ważny… ale nie wyszło to zbyt dobrze. Najwidoczniej „papiery” nie oznaczają rzeczywistych umiejętności. Czy ktoś w ogóle jest zdziwiony?

2. „Dom śmierci” („House of the Dead”, 2003)

Można powiedzieć, że od tego wszystko się zaczęło. „House of the Dead” to pierwsza adaptacja gry, stworzona przez Bolla. W gruncie rzeczy, porównując do niej późniejsze jego produkcje, naprawdę można zauważyć wzrost umiejętności… Tutaj nie ma ich wcale. Jeśli nawet trailer jest amatorski, to czego spodziewać się po filmie?

„House of the Dead” leży pod każdym filmowym aspektem, jednak ma jeden plus. Stosunek wydatków na produkcję do jej zarobków, jest zaskakująco dobry. Wspomniałem już, że żadna z adaptacji Bolla się nie zwróciła?

1. „Alone in the Dark” (2005)

Znacie oryginał? Gra „Alone in the Dark” to klasyka gatunku survival horror. Czy komukolwiek trzeba tłumaczyć, że kluczowym elementem, budującym klimat jest stopniowanie napięcia i utrzymywanie widza/gracza w atmosferze strachu? Najwyraźniej tak, bo Boll postanowił zrobić z tego film akcji. Bardzo słaby film akcji. W tym przypadku nie tylko mamy do czynienia z fatalną realizacją techniczną (od reżyserii, przez dialogi, scenografię i efekty specjalne, po grę aktorską), ale też z najgorszą adaptacją gry. W historii całej kinematografii!

Autor artykułu
More from Damian Halik

Little Planets, czyli zabawy Janisa Petke z Google Earth

Niemal każdy marzy o dalekich podróżach, ale kto ma na to czas?...
Czytaj wiecej