W mieście słońca, na rogu Marksa i Engelsa

Sklep Hugo Bossa mieści się w Mińsku przy Prospekcie Niezależności, dwie przecznice dalej krzyżują się ze sobą ulice Marksa i Engelsa, a najlepsze i najdroższe restauracje białoruskiej metropolii znajdziemy przy Lenina. I wydaje się, że ten krótki geograficzno-biznesowy opis najlepiej oddaje duszę stolicy naszych wschodnich sąsiadów.

Sklep Hugo Bossa mieści się w Mińsku przy Prospekcie Niezależności, dwie przecznice dalej krzyżują się ze sobą ulice Marksa i Engelsa, a najlepsze i najdroższe restauracje białoruskiej metropolii znajdziemy przy Lenina. I wydaje się, że ten krótki geograficzno-biznesowy opis najlepiej oddaje duszę stolicy naszych wschodnich sąsiadów.

Wszystkie obiegowe opinie o Mińsku są prawdziwe. Miasto jest nieprawdopodobnie czyste i zadbane. Reklam nalepionych byle gdzie i graffiti brak, na ulicach nie widziałem ani jednej Łady czy Wołgi, mińszczanki ubrane jak w każdym mieście na Zachodzie, mińszczanie też. Klubów, knajp, restauracji, stołówek i sklepów całodobowych – zatrzęsienie. Oczywiście szukanie paryskiego czy rzymskiego piękna w Mińsku jest nieporozumieniem, ale miasto robi zdecydowanie dobre wrażenie, także dzięki cudownie gościnnym mieszkańcom. I jakkolwiek to zabrzmi – bardzo mi się tam podobało. Teraz na Białoruś pojechać łatwiej, odważcie się, sprawdźcie jak bardzo jesteśmy ze stereotypów zbudowani.

Jechałem z głupią nadzieją, że może zobaczę jeszcze pochód pierwszomajowy. Oczywiście nikt tam już tego święta w taki sposób nie obchodzi, zdaje się, że w ogóle w żaden, bo choć był to oficjalnie dzień wolny od pracy, otwarte było wszystko, łącznie z księgarniami. Natomiast cały Mińsk przygotowywał się do 9 maja, dnia zwycięstwa, miasto było oklejone plakatami propagandowymi, całe we flagach narodowych, przygotowywano paradę. Cóż, spojrzenie na zwycięstwo w drugiej wojnie jest na Białorusi i w Rosji inne niż u nas, warto jednak zwiedzić niezwykłe Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jeśli ktoś chciałby to spojrzenie choć trochę zrozumieć.

Główną ulicą Mińska jest wspomniany już Prospekt Niezależności, który ciągnie się przez całe niemal miasto i przy którym mieszczą się najważniejsze instytucje państwa, wyższe uczelnie, budynki administracji, cóż – KGB, teatry, pomniki –  w tym Feliksa Dzierżyńskiego niestety, twórcy tegoż KBG, sadysty, słynącego z – powiedzmy – niekonwencjonalnych metod walki z przeciwnikami. Na Placu Zwycięstwa z kolei stoi gigantyczny pomnik Armii Czerwonej z wiecznym ogniem płonącym ku pamięci Białorusinów poległych w II wojnie, nieopodal zaś – drewniana niepozorna chatka, w której odbył się pierwszy zjazd Socjalistycznej Partii Robotniczej Rosji i w której – mówiąc w uproszczeniu – narodził się komunizm. Dziś mieści się tam muzeum. Kolejne miejsce warte zobaczenia to leżąca nieco na peryferiach (ale przy stacji metra) – Biblioteka Narodowa, 22-piętrowy budynek w kształcie wielościanu jest także atrakcją turystyczną, bo z tarasu na ostatnim piętrze rozciąga się widok na całe miasto, szczególnie efektownie wyglądające nocą, bo ładnie oświetlone, można zwiedzać do późnego wieczora. Ponieważ miasto było podczas wojny zniszczone w 80% – i nie zachowało się zbyt wiele z dawnej zabudowy – starówka jest maleńka, niedawno ukończono jej odbudowę, w sumie to raptem kilka ładnych kamieniczek, obok nich – niewielka wyspa na rzece Świsłocz, Wyspa Łez, pomnik żołnierzy poległych w Afganistanie i hołd oddanych ich matkom.

Byłem też w operze! Piękny budynek Narodowej Opery i Baletu Białorusi został zbudowany jeszcze przed wojną, a odrestaurowany w całości dopiero przed kilkoma laty. Scena starannie ozdobiona pięknymi złotymi motywami, wśród których odnalazłem – o zgrozo – także sierp i młot. Cóż, trudno w Mińsku jednak od historii uciec, mało kto próbuje… Nawet odniosłem wrażenie, że Białorusini w większości przyjmują i historię, i rzeczywistość taką, jaka była i jest, próbując związać koniec z końcem i ciesząc się codziennością.

Jedzenie na Białorusi jest pyszne. Kołduny, bliny, draniki, wszystko polane gęstą śmietaną – może nie są to dania specjalnie dietetyczne (wszystko z ziemniaków), ale za to smakują nieziemsko. Kołduny to maleńkie pierożki z nadzieniem, pływają w zupie albo stanowią osobne danie, bliny – to po prostu naleśniki, podawane także z nadzieniem na słodko albo słono, draniki to placki ziemniaczane. Do tego również ziemniaczana babka, rodzaj ciasta z tartych ziemniaków, pieczonego najczęściej z mięsem. Na deser – najlepiej syrniczki, kotleciki z białego sera. Ze śmietaną. Dużo śmietany. Danie owe (a także białe piwo z mińskiego browaru serwowane z cytryną), śnią mi się po nocach. Ceny w restauracjach zbliżone do warszawskich.  Poza tym – prawie wszystko jest droższe niż w Polsce, szczególnie żywność. Tani jest transport, przejazd metrem kosztuje 60 kopiejek, (ok 1,20 zł); pociąg do Haradziei (blisko Nieświeża), 2 godziny jazdy za 1,80 rubla. Hotele drogie, niekiedy absurdalnie drogie, warto pomyśleć o kwaterach, także do znalezienia w Internecie. Bilet do teatru czy opery – od 10 rubli. Wszędzie, naprawdę wszędzie można płacić kartą.

I na zakończenie – trzeba wiedzieć, że polityka wizowa Białorusi jest ździebko skomplikowana. Bez wizy można pojechać na max. 5 dni do Grodna i w okolice Kanału Augustowskiego, korzystając jedynie z dedykowanych przejść granicznych. Do Grodna – wyłącznie autem (jeśli pociągiem – potrzebujemy „normalnej” wizy). Trzeba jednak najpierw wykupić co najmniej dwa świadczenia turystyczne, można to zrobić on-line, w jednym z białoruskich biur podróży, które przyśle nam specjalny dokument i na jego podstawie będziemy mogli wjechać w trybie bezwizowym. Inna sytuacja jest w przypadku Puszczy Białowieskiej – tu możemy przekroczyć granicę wyłącznie rowerem, na maksimum 72 godziny, także na podstawie wykupionych wcześniej świadczeń. Dowolne natomiast miejsce na Białorusi natomiast możemy zwiedzić  bez wiz w ciągu maksymalnie 5 dni pod warunkiem rozpoczęcia i zakończenia podróży na mińskim lotnisku (oraz posiadania ubezpieczenia i zarezerwowanych noclegów). Z Warszawy do Mińska latają LOT i Belavia (narodowe linie Białorusi), lot trwa niespełna godzinę, bilet powrotny kupiony z wyprzedzeniem kosztuje około 100 euro.

Tak, nieco skomplikowane. Najważniejsze jednak, że kraj otwiera się na turystów.

Tagi wpisu
, ,
Autor artykułu
More from Rafał Turowski

Sarema

Z Tallina na lotnisko w Kuressaare codziennie latają samoloty, zabierające na pokład...
Czytaj wiecej