Weekend w Winnicy

Od niedawna można bezpośrednio polecieć z Warszawy do położonej w centralnej Ukrainie Winnicy. OK, może trąci to nieco ekstrawagancją, ale jestem zdania, że to wystarczający powód, by tam spędzić weekend, co też zrobiłem i co Państwu polecam.

Od niedawna można bezpośrednio polecieć z Warszawy do położonej w centralnej Ukrainie Winnicy. OK, może trąci to nieco ekstrawagancją, ale jestem zdania, że to wystarczający powód, by tam spędzić weekend, co też zrobiłem i co Państwu polecam.

Lot trwa godzinę, bilety niedrogie, a samo miasto – choć nie błyszczy ostentacyjnie niczym brylant – jest bardzo przyjemne. Wróciłem może nie oczarowany, ale przyjemnie zaskoczony. I objedzony carpaccio ze słoniny i innymi pysznymi lokalnymi specjałami.

img_9162

Miasto jest zadbane i relatywnie zamożne, wygrało niedawno plebiscyt na najlepsze miejsce do życia na Ukrainie. Na miejscu są bowiem dwie duże fabryki, które mają właściwie zapewniony zbyt, a jedna z nich – należała bądź należy (to jakieś skomplikowane) do prezydenta Poroszenki i produkuje słodycze (druga z nich to gorzelnia). W sklepie fabrycznym firmy Roshen można doprawdy zwariować, nawet ja, niejedzący specjalnie słodyczy, skusiłem się na duże zakupy przed wylotem. Batoniki pyszne, cukierki też, o czekoladach nie wspomnę. Na witrynie sklepu fabrycznego klientów do środka zaprasza pomysłowy teatrzyk kukiełkowy, a przed sklepem można było sobie zrobić selfie z pingwinem.  Roshen był także fundatorem największej atrakcji Winnicy – mianowicie nieprawdopodobnie spektakularnej fontanny na Bugu, oraz nadrzecznego bulwaru, z którego można ową fontannę podziwiać. Niestety, późną jesienią fontanna była nieczynna, ale spacer zadbanym bulwarem nieco tę niedogodność rekompensował.

img_9063 img_9069 img_9109

Tuż obok fontanny jest całkiem zabawne muzeum komunizmu, choć sam komunizm zabawny za bardzo nie był. Jednak – dla miłośników designu z tamtych czasów i pewnej bezkompromisowości wykonania znajdujących się tam obiektów – wizyta w charakterystycznym pięciokątnym pawilonie z pewnością będzie co najmniej interesująca. Mnie się spodobał np. zaporożec w wersji mini, o dziwo – nieco większy niż nasz maluch.

Główną ulicą miasta jest Soborna. Przy niej i w najbliższych okolicach turysta znajdzie wszystko, co potrzebne, począwszy od fantastycznie zaopatrzonego sklepu z pamiątkami, przez muzeum znaczków pocztowych, po niezliczoną ilość kawiarni i knajp i całodobowy supermarket Warszawa. Centralnym punktem Winnicy jest Plac Europejski z zabytkową wieżą ciśnień, mieszczącą niewielkie muzeum i biuro informacji turystycznej. Obok – nieprawdopodobna zupełnie cukiernia, w której me ciało przybrało dobrych kilkaset gram, a idąc dalej ulicą Owodowa, mamy bardzo fotogeniczny widok na rzekę Bug i na klasztor Ksenii Petersburskiej. Było tam naprawdę ładnie w ciepły listopadowy dzień, mogę sobie tylko wyobrazić, jak estetyczne jest to miejsce wiosną.

img_9100 img_9165

No więc ta Soborna zaczyna się jeszcze po drugiej stronie Bugu, po tej z dworcem i gigantycznym bazarem (jak u nas kiedyś), a tuż za mostem – jeden z symboli Winnicy – Sobór Przemienienia Pańskiego, obok którego – gdybyście mieli kaprys – lokalne ciekawe muzeum, które powinni zwiedzić zainteresowani chimeryczną, dość okrutną jednak historią tego miasta. Przy Placu Teatralnym (co za niespodzianka, prawda?) – mamy miejscowy teatr, byłem, patrzą w komórki podczas spektaklu tak samo jak u nas, a kilka przystanków tramwajem dalej – filharmonia, do której bilety można kupić przez internet. Po drodze mijamy jeden z najczęściej fotografowanych obiektów miasta, mianowicie duży neon „I Love Winnitsa”, za nim kiepskie centrum handlowe, a po drugiej stronie ulicy – bardzo dobrą lwowską kawiarnię. Winniccy w Winnicy natomiast brak, bo nazwa „wino” oznaczała niegdyś prezent, którym miasto było przekazane jednemu kniaziowi przez innego – mówiąc w pewnym uproszczeniu,

Winniczanie uwielbiają jeść z rodziną i przyjaciółmi, niektóre restauracje mają specjalne drewniane domki, w których można się ze swoją grupą schować przed światem i konsumować, jedną z nich jest restauracja polska (sic!) Gościnny Pan, tak ździebko za centrum, w której zjadłem nieprawdopodobną wątróbkę po kozacku i równie niesłychane pierogi z grzybami. Świetnie karmi także Tbilisi tuż koło teatru, w Erywaniu nad rzeką mają specjalny grill do szaszłyków, a najbardziej popularną knajpą miasta (z naprawdę umiarkowanymi cenami) wydaje się być nadrzeczna Koliba. Hotele – gorsze, lepsze, tańsze i droższe, znajdziecie w internecie. Ja mieszkałem w hotelu Savoy, który – no cóż, ma piękną nazwę, dobre ceny i miłe panie w recepcji. Reszta jest… jak kiedyś.

Ale w ogóle cały ten wyjazd był trochę podróżą w czasie, więc w sumie czemu hotel miałby się w tę narrację nie wpisać?

Autor artykułu
More from Rafał Turowski

ICH CZWORO Gabrieli Zapolskiej w reż. Małgorzaty Bogajewskiej Teatr im. Jaracza w Łodzi

Trwają przygotowania do kolacji wigilijnej, kolędnicy grają...
Czytaj wiecej