Wojna płci — decydujące starcie

Wojna płci to nie tylko kino o sporcie, rywalizacji i równouprawnieniu.

Muszę się bez bicia przyznać, że ja bardzo rzadko. Może to dlatego, że mnie bezpośrednio nie dotyczy problem dyskryminacji, choć wiem, że nie powinno to być żadne usprawiedliwienie. Tym bardziej cieszę się, że powstają filmy, które uświadamiają mnie o istnieniu osób, walczących o to, by świat był bardziej sprawiedliwy. Jednym z takich filmów jest właśnie Wojna płci.

Wydawać by się mogło, że będzie to bardzo prosty film o meczu tenisowym. Swoją drogą, niedawno do kin wszedł inny film o pojedynku w tym sporcie. Na szczęście nie jest to jedynie historia o tym, jak dwie osoby postanawiają się sprawdzić na korcie. Mamy tu bowiem problem, który być może z dzisiejszej perspektywy wydaje się dziwny, ale jeszcze niedawno tak właśnie było.

Bille Jean – zupełnie jak w piosence MJ – King (Emma Stone) jest zawodową i niezwykle utalentowaną amerykańską tenisistką. Wraz z koleżankami postanawia bojkotować turnieje tenisowe, jak tylko zdają sobie sprawę z tego, że kobiety zarabiają na zawodach znacznie mniej, niż mężczyźni. Sytuacje niebawem postanawia wykorzystać Bobby Riggs (Steve Carell), dawna gwiazda kortów, którego popularność zaczęła już przemijać. Riggs wyzywa King na pojedynek, by udowodnić, że kobiety są znacznie gorsze od mężczyzn.

Jak nietrudno się domyślić, doszło do tego pojedynku i zapewne już wiecie, jak on się skończył. Wszystko wydarzyło się naprawdę, więc możecie sobie nawet o tym poczytać. Billie Jean King była nie tylko kobietą, która pokonała Riggsa w pięknym stylu, ale przede wszystkim tą, że kobiety wcale nie są gorszymi tenisistkami oraz nie są w ogóle gorsze od mężczyzn. Mecz z 1973 roku był jednym z kroków milowych walki kobiet o równość w sporcie.

Reżyserski duet Jonathan Dayton-Valerie Faris (odpowiedzialny za nagrodzony dwoma Oscarami film Mała Miss z 2006 roku) dał nam kino, które bardzo dobrze się ogląda. Na pochwałę zasługują tu bardzo ładne zdjęcia, wyjęte rodem z lat siedemdziesiątych. Mamy tu aktorstwo na poziomie – Steve Carell doskonale sprawdza się w roli szowinistycznego Riggsa – a także widowiskowe pojedynki na korcie. Czy to jednak wystarczy, by nazwać go filmem dobrym? To film poprawny, który traktuje o ważnych tematach, ale jednocześnie ledwie o nie zahacza, skupiając się niepotrzebnie na rzeczach mniej ważnych. Na szczęście Emma Stone mogła się tu pokazać od nieco innej strony (jako skryta i delikatna kobietam, która chce walczyć o swoje, ale nie jest aż tak charyzmatyczną postacią, jak wcześniejsze wcielenia aktorki) i na szczęście nie irytuje tak jak potrafiła to robić w innych filmach. Wielkim – i pozytywnym – zaskoczeniem jest tu Sarah Silverman, która co prawda jest na drugim, a czasami nawet i trzecim planie, ale jak pojawia się na ekranie, to daje nam nie tylko odpowiednią dawkę humoru, ale i autentyczność i jest zdecydowanie jednym z lepszych punktów całego filmu.

Wojna płci to nie tylko kino o sporcie, rywalizacji i równouprawnieniu. To film o szukaniu własnego „ja“ i wewnętrznej walce, jaką chyba każdy człowiek musi w swoim życiu stoczyć. To film, który ogłada się dobrze, a w końcowych scenach nawet bardzo dobrze. Podczas finałowego pojedynku czujemy się jak na prawdziwym meczu tenisa i emocje są tak silne, jak na faktycznym korcie. Niestety w pewnym ostatecznie można poczuć niedosyt i odrobinę zmarnowanego potencjału. W efekcie końcowym wychodzi z tego film, który jest idealny na sobotni wieczór lub niedzielne popołudnie, ale jednocześnie nie zapada nam o na długo w pamięć. Mimi wszystko warto, chociażby dla niemal wszystkich scen z Carellem.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Zaopiekuj się mną

Przyzwyczailiśmy się chyba do tego, że do kina idziemy, aby się odstresować...
Czytaj wiecej