2019 rok w muzyce zdefiniowało hasło “apokalipsa”

Ubiegłoroczne premiery płytowe być może wiele dzieliło estetycznie, lecz na pewno połączyła je bliźniaczo fatalistyczna filozofia.

Zeszłoroczne muzyczne premiery podkreśliły panujące wśród dzisiejszego społeczeństwa apokaliptyczne nastroje. Artystów pochodzących z różnych gatunkowych planet zjednoczyły rozczarowania oraz obawy dotyczące rzeczywistości XXI wieku. Ich komentarz na temat ostatniej, a także zbliżającej się dekady zdradzał fatalizm, jakiego w popkulturze nie spotykaliśmy od bardzo dawna. Zarówno refleksje twórców na temat przeszłości, jak i przewidywania odnoszące się do tego, co dopiero nadejdzie, miały wyraźnie dystopijny charakter. 

Jednym z albumów wyrażających wspomniane posępne refleksje był “Requiem for Recycled Earth” Jamesa Ferraro.  

Apokalipsa według Jamesa Ferraro

Mistrz eksperymentalnej elektroniki stworzył materiał w całości poświęcony Matce Ziemi. Nie jest to jednak wypełniona życzeniami laurka, a raczej pieśń żałobna. Syntetyczna estetyka buduje tu symfonię dźwięków symbolizujących człowieka – kolonizatora natury, który poprzez zatracenie się w rozwoju technologicznym, doprowadza do jej zniszczenia. Piękno kompozycji łączy się ze słyszalną, sztuczną cyfrowością formy, ukazującą ludzi rozbijających swą relację z fauną i florą. Mimo że autor płyty pragnie przeprosić naszą planetę za wszystkie te zaniedbania, to ma świadomość nieuchronności konsekwencji. Przyznanie się do błędu jest ostatnim gestem przedstawiciela gatunku skazanego na zagładę. 

Z kolei “H.A.Q.Q.” formacji Liturgy dotknęło problemu koszmarnie intensywnego tempa życia narzuconego przez erę przeładowania informacją.

Apokalipsa według Liturgy

Awangardowi metalowcy z Brooklynu znowu przerazili konserwatywnych miłośników gatunku, lepiąc kakofoniczny kolaż chaotycznego, gitarowego grania oraz pękniętej elektroniki. Pędzące na złamanie karku riffy spotykają niepokojące dźwięki przypominające odgłosy wydawane przez powoli umierający komputer. Paradoksalnie, sonicznemu spustoszeniu towarzyszy dość idealistyczna warstwa tekstowa szkicująca wizję potencjalnego nowego porządku. Zupełnie jakby na gruzowisku cywilizacji, pełnym zburzonych pomników wartości sprzed lat, miał zaraz urodzić się ład, który uporządkuje współczesny zamęt. Amerykański kwartet wysnuwa więc słodko-gorzką tezę : istnieje jakaś szansa na wielką, powszechną zmianę, ale zmaterializuje się dopiero jako epilog do upadku naszego świata. 

Logicznych konkluzji na pewno nie szukał projekt 100 Gecs. 

Apokalipsa według 100 Gecs

Dylan Brady oraz Laura Les, swoim debiutanckim, nihilistycznym “1000 Gecs”, zmrozili krew w żyłach wielu słuchaczom i krytykom muzycznym na całym świecie. Zaledwie dwudziestominutowe wydawnictwo wrzuca do swojego postmodernistycznego worka każdy popularny styl muzyczny ostatnich pięciu lat. Konstruuje w ten sposób rubaszną kompilację śmiejącą się w twarz zarówno przygnębionym przez nowe tysiąclecie (James Ferraro), jak i poszukującym wyższych idei w odmętach codziennego bezładu (Liturgy). Estetyka przywodząca na myśl TikTokowe filmiki, ale nagrywane w dantejskim piekle, świętuje śmierć wszelkich wartości z łobuzerską mimiką Johnny’ego Rottena niegdyś skandującego “No Future”. W obu przypadkach cyniczne poczucie humoru działa przecież tak samo – jest pancerną reakcją obronną na grozę teraźniejszości. 

Wcześniejsze przykłady (post)apokaliptycznych refleksji wspaniale spina klamrą album “Girl with Basket of Fruit” kultowego już zespołu Xiu Xiu.

Apokalipsa według Xiu Xiu

Jamie Stewart i spółka poddają analizie definiującą dzisiejsze czasy kulturę przemocy fizycznej oraz słownej. Unikają przy tym jednak, jak ognia śmiertelnie poważnego moralizowania. Muzycy badają horror seksizmu, rasizmu, a także globalnej agresji posługując się regułami surrealistycznej czarnej komedii. Gorączkowe, nieskoordynowane brzmienie razem z absurdalnie mroczną poezją tekstów, niezwykle obrazowo manifestują niewyobrażalny ból, jaki współczesny człowiek codziennie zadaje drugiemu człowiekowi. Odważne wejście w rejony absurdu jest tak naprawdę jedynym etycznym sposobem na rozmawianie o toksycznych nastrojach, którymi oddycha pejzaż za oknem. Zwykły szok, czy przerażenie byłyby bowiem spłyceniem poziomu okrucieństwa, wykraczającego poza granice zdrowego rozsądku. 

Z tym, że katastrofa zbliża się wielkimi krokami, trzeba się po prostu pogodzić. Pozostaje tylko wybrać preferowaną reakcję, płaczące lub rechoczące emoji. 

Fot.: TIDAL.com

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Na “Rough and Rowdy Ways” Bob Dylan patrzy wstecz

Po kilku latach spędzonych na coverowaniu Sinatry Bob Dylan wreszcie prezentuje publiczności...
Czytaj wiecej