40 lat warszawskich Ikarusów

Węgierski król warszawskich ulic - Ikarus 280. zdj. Kudak via Wikimedia Commons
Węgierski Ikarus – kanciasty wóz ze swoją charakterystyczną sylwetką stał się niemal synonimem miejskiego autobusu. Cztery dekady temu na stołeczne ulice wyjechały pierwsze Ikarusy serii 200.

Te cztery dekady to małe uproszczenie. Pierwsze Ikarusy w Warszawie pojawiły się na poaczątku lat 50. Był to model 601 który stanowił wersję rozwojową Mavaga TR5. Węgierskie maszyny ustapiły jednak potem miejsca rodzimym Jelczom 043, popularnie zwarnym ogórkami, które produkowały Jelczańskie Zakłady Samochodowe na licencji czeskiej Skody. W dekadzie Gierka przyszedł mariaż z francuskimi Berlietem. Na mocy tej współpracy, również w Jelczu powstawały dość nowoczesne autobusy PR100 i PR110. Niestety okazały się one dość awaryjne, mało pojemne i co najgorsze zbyt delikatne na polskie drogi i ulice. Dodatkowym minunsem polsko-francuskiego produktu był brak wersji maxi – przegubowej.

Dlatego też w połowie lat 70. warszawskie MZK zaczęło szukać dla nich alternatywy. W szranki stanęły autobusy niemieckiej firmy MAN i znany już w niektórych polskich miastach Ikarus 280. Podczas testów w 1977 roku doszło ponoć do małej stłuczki pomiędzy nimi. M.in. to miało zadecydować o wyborze nowego taboru – otóż Ikarusa dało się naprawić nieporównywalnie syzbciej niż jego niemieckiego konkurenta. Był prosty, solidny i niesamowicie pojemny. Mimo oficjalnych 140 miejsc potrafiło się do niego zmieścić nawet 300 pasażerów.

Ulubione miejsce młodzieży – barierki na przegubie. Zdj. Travelarz via Wikimedia commons

Właśnie minęło 40 lat od debiutu tych słynnych autobusów. Pierwszy Ikarus serii 200 (280 – przegubowy) ruszył z warszawskiego Ursynowa na trasę linii 192 14 grudnia 1979 roku. Palmy pierwszeńśtwa Ikarus nie oddał przez następne 35 lat. Węgierski producent reagował na zapotrzebowanie klientów, dostosowując autobusy do konkretnych wymagań klientów, wprowadzał kolejne modernizacjie. W międzyczasie w Warszawie pojawiły się krótsze wersje autrobusów – 260. W pewnym momencie na stołecznych ulicach występował wyłącznie Ikarus. Któż nie pamięta dzwoniących szyb bocznych, skrzypiącego przegubu, wyjącecgo sześcioma cylindrami silnika Raba i zgrzytającej skrzyni Csepel. Taką feerią dźwięków witały pasażerów autobusy węgierskiej marki. W miarę upływu czasu poddawano je modernizacjom – pojawiły się zachodnie silniki, automatyczne skrzynie biegów (kierowcy wreszcie mogli przestać siłować się z metrowym drązkiem zmiany biegów), wygodniejsze dwuskrzydłowe drzwi, pojawiła się klimatyzacja.

Wyremontowane Ikarusy 260 i 280 na zasłużonej emeryturze. Zjd. Travelarz via Wikimedia Commons

Mimo doskonałego produktu jakim Ikarus 260/280 węgierski producent jedynie rozpędem wjechał w nową erę po 1990 roku. Koljene modele nie były już tak konkurencyjne jake genielny 200. Firma nieco podupadła. Także w Polsce Ikarus przestawł wygrywać przetargi, przegywał z silną zachodnią konkurencją, czy coraz lepiej radzącymi sobie polskimi producentami. Na dobre Ikarus pożegnał się z Warszawą w 2013 roku, 1 grudnia tego roku ostatnie kursy odbyły przegubowe 280 – były to okolicznościowe trasy pożegnalne. Zakończyła się 35 letnia historia tych niesamowitych maszyn w Warszawie. Trudno je wszystkie policzyć, przez warszawskie zajezdnie przetoczyły się tysiące tych autobusów, które stały się niemal symbolem komunikacji autobusowej. Obecnie w kraju już ich prawie nie ma. Ostatnie 280 kursują na regularnych liniach w Częstochowie. Wiele z nich udało się zachować do celów muzealnych. Warszawski Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej posiada trzy egzemplarze, kilka jest nadal na stanie Miejskich Zakładów Autobusowych, są też pojedyncze egzemplarze w prywatnych rękach. Ikarusy wyjeżdżają okazjonalnie na stołeczne ulice. Dzięki nim można sobie przypomnieć jak przez 35 lat wyglądały podróże po Warszawie i jak to było siedzieć na przegubie.

Drugim ulubionym miejscem dzieciarni były siedzenia z przodu. Tak aby obserwować jak szofer z gracją kręci fajerą, klika przyciskami od drzwi i szuka biegów lewarkiem po całej kabinie…
Autor artykułu
More from Piotr Skowron

Mercury Module Guitar – gitara Do It Yourself

Gitara jest niesamowitym instrumentem. Niestety jest również mocno nieporęczna przy transporcie. Ian...
Czytaj wiecej