Blizzard przekroczył kolejną granicę… ale czy miał wybór?

Ng "Blitzchung" Wai Chung – profesjonalny gracz "Hearthstone'a", który został zbanowany przez Blizzard
Ng "Blitzchung" Wai Chung – profesjonalny gracz "Hearthstone'a", który został zbanowany przez Blizzard
Twórcy "Warcrafta" rozwścieczyli ostatnio nie tylko graczy (w tym swoich wiernych od dekad fanów), ale i osoby postronne, być może nigdy niemające nawet styczności z ich grami. Kontrowersje wcale nie muszą jednak oznaczać problemów – wszystko zależy od perspektywy, z jakiej spojrzymy na sprawę.

Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Ta zagwozdka w ostatnich latach zdaje się zajmować umysły przedstawicieli branży rozrywkowej i – nie wiedzieć czemu – odpowiedzią niemal zawsze okazują się Chiny. Globalni odbiorcy coraz częściej mają jednak dość tych podchodów, o czym boleśnie może się przekonać Blizzard.

Może, ale nie musi, bo choć jeden z najważniejszych graczy na rynku gamingowym zaliczył olbrzymią wtopę, nawoływanie do bojkotu w internecie najczęściej ma krótkotrwałe skutki. Na odpływ obecnych graczy także nie ma co liczyć – stąpając po kruchym lodzie, firma zdecydowała się czasowo wyłączyć możliwość kasowania kont. Jak na razie trudno jednak oszacować efekty, jakie mogą przynieść ostatnie wydarzenia.

Kto by pomyślał, że polityka będzie mieć taki wpływ na kulturę?

W mediach zrobiło się głośno o Blizzardzie, gdy firma zbanowała jednego z profesjonalnych graczy “Hearthstone’a”. Tytuł jest właściwie bezkonkurencyjny wśród wirtualnych karcianek, przez co Ng “Blitzchung” Wai Chung może mieć problem z kontynuowaniem swojej kariery. Nie to jest jednak najważniejsze. Zresztą przedstawiciele firmy są nieugięci… i mają do tego prawo.

Po tym, jak gracz pochodzący z Hongkongu po jednym z meczów wykrzyczał: “Uwolnić Hongkong! To rewolucja naszego wieku!”, został wykluczony z dalszej rywalizacji w prestiżowych rozgrywkach GrandMasters. Blizzard nie wypłaci mu także zdobytych przed feralną wypowiedzią nagród – w sumie 10 000 $. Na dodatek “Blitzchung” nie wystąpi w żadnym oficjalnym turnieju przez co najmniej rok. To zaś wywołało oburzenie wśród graczy, przedstawicieli branży, osób postronnych, a nawet amerykańskich polityków.

Blizzard pokazuje, że jest skłonny upokorzyć się, by zadowolić Komunistyczną Partię Chin. Żadna amerykańska firma nie powinna cenzurować wezwań do wolności, by zarobić pieniądze.

– Ron Wyden, senator Partii Demokratycznej

Po wydarzeniach z początku października, na ten temat zapanowała zresztą zgoda po obu stronach amerykańskiej sceny politycznej. Napięte stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Chińską Republiką Ludową nie są zresztą żadną nowością. Właśnie dlatego Blizzardowi obrywa się – skądinąd słusznie – za służalczą postawę… Tyle że wszyscy zapominają o jednym: rozdzielenie sportu od polityki to jedna z głównych zasad wszelkich imprez. W wirtualnym świecie zasady te także obowiązują, a Wai Chung zwyczajnie je złamał. W słusznej sprawie, ale mimo wszystko prawo stoi po stronie wydawcy gry.

“Każdy głos ma znaczenie”… chyba że uderza w interesy firmy

Motto, jakim (podobno) kieruje się Blizzard w swej działalności
Motto, jakim (podobno) kieruje się Blizzard w swej działalności

Słowa poparcia dla Wai Chunga płyną zewsząd – między innymi od jednej z akademickich drużyn e-sportowych ze Stanów Zjednoczonych, której ze strony Blizzardu nie spotkała żadna kara, mimo że także otwarcie poparli Hongkong. Oczywiście ranga turnieju była zupełnie inna, podobnie jak zasięg lokalnych rozgrywek. Pokazuje to jednak hipokryzję firmy, której mottem są przecież słowa “Every Voice Matters”. Najwidoczniej należałoby to zmienić, co zresztą teoretycznie uczyniono, w ramach protestu zasłaniając slogan widoczny przed kalifornijską siedzibą firmy.

Blizzard ma problem, ponieważ solidarność z “Blitzchungiem” wykazują zarówno osoby z zewnątrz, jak i ich własnych szeregów. Zawodowa liga “Hearthstone’a” musi zmierzyć się z odpływem graczy i osób związanych z organizacją imprez czy komentatorów. Pracownicy firmy także nie boją się głośno protestować. Co więcej, poza standardowymi zapowiedziami bojkotu w internecie, gracze masowe próbowali usuwać konta na należącej do Blizzarda platformie Battle.net.

Próbowali, bo firma uniemożliwiła im to poprzez zawieszenie możliwości dwustopniowej weryfikacji, która jest w tym celu niezbędna. Oczywiście tłumaczone jest to faktem, że konta z licznymi grami byłby już nie do odzyskania, a gracze mogliby z czasem pożałować pochopnej decyzji. Ci jednak widzą tu standardy rodem z ubóstwianych przez zarząd firmy Chin.

Blizzard i tak wyjdzie na swoje?

Protestujący na ulicach Hongkongu, których poparł Ng "Blitzchung" Wai Chung, fot. Fazry Ismail
Protestujący na ulicach Hongkongu, których poparł Ng “Blitzchung” Wai Chung, fot. Fazry Ismail

Bojkot nowych produktów Activision/Blizzard, odpływ graczy z kulowych tytułów czy nawet upadek ligi “Hearthstone’a” są możliwe. W tej układance gra toczy się jednak o znacznie większą stawkę. Jak wyliczają amerykańscy analitycy, liczba graczy w Chińskiej Republice Ludowej przekracza nawet liczbę populacji całych Stanów Zjednoczonych. To olbrzymi rynek, który niesamowicie trudno zdobyć ze względu na wszechobecną cenzurę oraz specyficzne upodobania Chińczyków.

Warto przypomnieć, że wcale nie tak dawno Blizzard doskonale już udowodnił, że to w Państwie Środka widzi przyszłość. Podczas gdy lojalni od lat 90. gracze oczekiwali nowej odsłony kultowego “Diablo”, Blizzard zaoferował im… grę mobilną.

“Co w tym złego?” – zapytacie. Otóż to właśnie gry mobilne są w Chinach najpopularniejszą obecnie formą wirtualnej rozrywki. Nikomu nie trzeba natomiast tłumaczyć, że społeczność graczy wręcz gardzi produkcjami mobilnymi. Innymi słowy: poświęcono fanów na całym świecie oraz wieloletnich, lojalnych klientów, by zdobyć uznanie zupełnie nowej grupy. Blizzard ma jednak swoje priorytety, a skoro postawił wszystko na jedną kartę, odwrotu już nie ma.

Wracając do sprawy Ng “Blitzchung” Wai Chunga.

Zrobiło się o nim głośno, co wykorzystał do powtórzenia swojego wołania o wolność Hongkongu. Mimo że z dnia na dzień jego e-sportowa kariera zawisła na włosku, Azjata nie żałuje swojej decyzji. Nie wiadomo, czy zamierza przestawić się na inną grę, czy może zupełnie zmieni zainteresowania.

Laikom może się zdawać, że e-sport jest zajęciem banalnym, tymczasem profesjonalni gracze niewiele różnią się rutyną i treningami od sportowców “fizycznych”. Przeskok z “Hearthstone’a” na inną grę może więc być niemal jak przerzucenie się z lekkiej atletyki np. na piłkę nożną. Trudno jednak stwierdzić, czy po godzinach “Blitzchung” zajmował się też innymi tytułami. Blizzard natomiast… cóż.

Nie każdy ma tyle odwagi, ile Matt Stone i Trey Parker. Firma na razie bierze wszystkich na przetrzymanie i to zapewne pozwoli zatrzymać przynajmniej części graczy. Internetowe bojkoty mają to do siebie, że ludzie w zdecydowanej większości szybko zapominają swe deklaracje. Kwestie sztywnych zasad rozdzielających sport od polityki nie wzięły się znikąd, choć konkurencja deklaruje, że nigdy nie zrobiłaby czegoś podobnego.

Faktem jest jednak, że choć w myśl przepisów Blizzard postąpił dobrze, reguły nie usprawiedliwiają ich motywacji w tym przypadku. Ostatecznie warto jednak pamiętać, że nawet giganci upadają, a przychylność chińskich władz wcale nie oznacza, że tamtejszy rynek przyjmie ich z otwartymi ramionami.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Polacy znowu docenieni w eVolo Skyscraper Competition!

Wiele wskazuje na to, że świat futurystycznej architektury uwielbia kreatywność młodych Polaków...
Czytaj wiecej