2. sezon “Altered Carbon” – w nowej powłoce… [Recenzja]

Fragment plakatu promującego 2. sezon "Altered Carbon", fot. Netflix
Fragment plakatu promującego 2. sezon "Altered Carbon", fot. Netflix
Mając w pamięci niesamowite efekty wizualne i wciągającą, choć pod wieloma względami nierówną historię z pierwszego sezonu "Altered Carbon", trudno było nie wyczekiwać z niecierpliwością kontynuacji. Twórcy serialu mieli okazję, by poprawić niedociągnięcia – i w dużej mierze to właśnie zrobili. Szkoda tylko, że przy okazji popsuli kilka innych elementów...

Jak dziś pamiętam przełom 2017 i 2018 roku, gdy Netflix podgrzewał atmosferę wokół “Altered Carbon”. Jako fan science fiction nie mogłem przejść obok tej produkcji obojętnie – w końcu bazowała na jednej z najgłośniejszych powieści tego gatunku, jakie wydano w XXI wieku. A że niejedną adaptację już widziałem, byłem w stanie przymknąć oko nawet na drastyczne zmiany względem powieści “Modyfikowany węgiel”. Co jak co, ale fantastyka naukowa to chyba najtrudniejszy do przeniesienia z papieru na ekran gatunek. Z takim podejściem nie musiałem natomiast grzmieć, jak bardzo filmowcy zniszczyli wykreowane przez Richarda Morgana uniwersum. Tak zwyczajnie musi być – to specyfika medium, które w przeciwieństwie do książek kierowane jest do mas.

Uwaga! W dalszej części pojawiają się szczegóły fabularne oraz imiona postaci, których przywołanie może być postrzegane jako spoiler – jeśli jednak widziałeś zwiastun 2. sezonu, raczej cię nie zaskoczą.
Anthony Mackie jako Takeshi Kovacs, fot. Netflix
Anthony Mackie jako Takeshi Kovacs, fot. Netflix

Uproszczenia – to był największy zarzut wobec pierwszego sezonu “Altered Carbon”. Historia Takeshiego Kavacsa była bowiem dla Morgana okazją, by poruszyć wiele problemów egzystencjalnych, które prędzej czy później nas dopadną. W serialu motyw technologicznej nieśmiertelności, a co za tym idzie zupełnego zdewaluowania wartości cielesnych “powłok”, jest wyraźny, ale zdaje się brać wszystko za pewnik, bez zadawania palących pytań. Ba, trylogia, którą zapoczątkował “Modyfikowany węgiel”, to dość ponura, choć niestety bardzo realistyczna, wizja postępującej degrengolady elit i deprawacji władzy, która w obliczu technologicznego przełomu jeszcze mocniej skupiła się w rękach bogaczy. W serialu natomiast krytykę takiego stanu rzeczy widzimy, ale tło polityczne jest dość mizerne. Mimo to pierwszych dziesięć odcinków, które wyemitowano w 2018 roku, mogło się podobać.

Twórcy nie obyli się bez wielu, często bezsensownych zmian względem oryginału, a tempo akcji momentami pozostawiało wiele do życzenia. W ostatnich odcinkach historia zaczęła się natomiast plątać nie ze względów fabularnych, lecz raczej przez mnogość koncepcji i chęć upchnięcia ich w serialu. Te kwestie mocno zaniżyły i tak wysoką ocenę pierwszego sezonu – serial bronił się jednak klimatem. “Altered Carbon” okazało się bowiem solidną dawką neo-noir w cyberpunkowej stylistyce. Typowe dla tego nurtu neonowa paleta barw i kontrastujący przepych elit z biedą ogółu były wręcz namacalne. Co tu dużo mówić – wizualny majstersztyk pozostawił fabularny niedosyt i obietnicę poprawy.

Klimatu wystarczyło na 15 minut…

Scena z 2. sezonu "Altered Carbon", fot. Netflix
Scena z 2. sezonu “Altered Carbon”, fot. Netflix

Kręcąca się wokół nieśmiertelności umysłu (i duszy) fabuła dość jasno daje do zrozumienia, że nie powinniśmy się przywiązywać do “otoczki”. Choćby z tego względu nikogo raczej nie zdziwi, że w drugim sezonie zmieniła się niemal cała obsada (choć mieliśmy okazję zobaczyć znajome twarze). Czymś bardziej zauważalnym jest jednak zmiana podejścia, wyraźnie rzutująca na koncepcję serialu i niemal zupełne oderwanie drugiego sezonu od pierwszej części. Warto zresztą zaznaczyć, że o ile pierwszy sezon adaptował wydarzenia z powieści “Modyfikowany węgiel”, drugi nie jest odpowiednikiem jego kontynuacji – “Upadłych aniołów”. Drugi tom trylogii Morgana niemal zupełnie pominięto, pozostawiając jedynie kilka nawiązań. Główna oś fabuły czerpie zaś z trzeciej odsłony cyklu – “Zbudzonych furii”. Trudno jednak nazwać to nawet adaptacją.

Początek zdaje się jednak obiecujący. W scenie otwarcia trafiamy do baru, gdzie pewna kobieta szuka Takeshiego Kovacsa. Na scenie widzimy divę niskich lotów, za barem zaś znajomą twarz Poe. W pewnym momencie wywiązuje się natomiast bójka. Całość trwa około piętnastu minut i nie szczędzi nam ani klimatu, ani humoru, ani nadziei, że drugi sezon może być o wiele ciekawszy od pierwszego. Kobieta okazuje się bowiem łowczynią głów, której pewien Mat (elita kilkusetletnich bogaczy) zlecił znalezienie i zwerbowanie Takeshiego. Chwilę później przenosimy się na Świat Harlana – tutaj klimat neo-noir niestety pryska.

Kovacs wraca na stare śmieci

Wizyta na rodzinnej planecie głównego bohatera, oczywiście przez niego znienawidzonej, to pole do wielu ciekawych popisów. Zyskujemy tu nieco wiedzy na temat starożytnej cywilizacji, której ludzkość pośrednio zawdzięcza nieśmiertelność. Pojawiają się nowe wątki, więcej jest polityki. O niesamowitym, przywołującym na myśl najlepsze gatunkowe skojarzenia Bay City możemy jednak zapomnieć – to akurat zarówno plus, jak i minus. Nieformalna stolica Świata Harlana, Millsport, nie jest tak urokliwa, wizualnie zbliżając się raczej do marsjańskiej kolonii z “Pamięci absolutnej” niż LA z “Łowcy androidów”. I żeby była jasność – mówię o filmie Verhoevena z 1990, nie remake’u sprzed ośmiu lat. Różnorodność tych miejsc odbieram jako plus, ale już wizualnie trudno nie uznać tej zmiany za regres.

Ogólnie rzecz biorąc, kontynuacja “Altered Carbon” przenosi nas trzydzieści lat wprzód. Po tym, jak w finale pierwszego sezonu Takeshi usłyszał od Reileen, że Quell żyje, poświęcił wszystko na odszukanie ukochanej. Jak można się domyślić, powrót na znienawidzoną planetę także się z tym wiąże. Wspomniany Mat obiecał mu bowiem informacje na temat dawnej przywódczyni Korpusu Emisariuszy, w zamian za ochronę. Gdy Kovacs dociera na miejsce, otrzymując militarną powłokę o twarzy Anthony’ego Mackiego, jego zleceniodawca jest już jednak martwy. Ten zaś próbuje odszukać Quell na własną rękę, w czym może mu pomóc Trepp – łowczyni, która sprowadziła go na Świat Harlana.

Co właściwie poszło nie tak w drugim sezonie “Altered Carbon”?

Renée Elise Goldsberry jako Quellcrista Falconer – przywódczyni Emisariuszy, miłość Takeshiego Kovacsa, fot. Netflix
Renée Elise Goldsberry jako Quellcrista Falconer – przywódczyni Korpusu Emisariuszy, miłość Takeshiego Kovacsa, fot. Netflix

Jak wspomniałem, twórcy serialu solidnie popracowali nad poprawieniem niedociągnięć pierwszego sezonu. W drugiej odsłonie nie ma momentów przestoju – tempo jest równomierne, a akcja dobrze się zawiązuje. Kolejne wątki wypływają natomiast w odpowiednim momencie i prowadzą do jasnego rozwiązania. A ponieważ nie ma ich zbyt wielu, historia nie przytłacza, sprawiając, że fabuła zyskuje na przejrzystości. Te zabiegi nie obeszły się jednak bez poświeceń. Z powodu uproszczeń wszystko w drugim sezonie „Altered Carbon” wydaje się płaskie. Poczynając od dość banalnej fabuły, poprzez zarys nielicznych postaci, a na drodze Kovacsa po nitce do kłębka kończąc. To dla fanów oryginału jeszcze większa ujma niż okrojona adaptacja sprzed dwóch lat.

Tak smętny, zmęczony niemal trzystuletnim życiem typ, po prostu chce być kochany

Simone Missick jako Trepp – łowczyni głów ze Świata Harlana, fot. Netflix
Simone Missick jako Trepp – łowczyni głów ze Świata Harlana, fot. Netflix

Te radykalne zmiany chyba najwyraźniej widać w przypadku gry aktorskiej. Joel Kinnaman, który wykreował postać Kovacsa w pierwszym sezonie, stworzył jego zarys – dla wielu drewniany, dla mnie wyjątkowo dobrze obrazujący książkowego odpowiednika. Przejmujący rolę Anthony Mackie musiał natomiast nie tylko odegrać postać, ale i Kinnamana, co jest oczywiście trudniejsze. Widać zresztą, że próbował – w niektórych scenach aktor wyraźnie naśladuje mimikę i ruchy poprzednika, ale nie wypada to najlepiej. Co gorsza, gdy na ekranie pojawia się Trepp, Mackie wygląda wręcz na odtwórcę roli drugoplanowej. Kreowana przez Simone Missick łowczyni nagród w każdej scenie gra pierwsze skrzypce. Jej historia jest przekonująca, a rola silnej kobiety wyraźnie jej leży, choć momentami Missick odgrywa tę postać niemal stereotypowo.

Wątki poboczne ratują ten sezon

Lela Loren jako Danica Harlan – gubernator Świata Harlana, fot. Netflix
Lela Loren jako Danica Harlan – gubernator Świata Harlana, fot. Netflix

Wszystko to sprowadza się do odczucia, jakoby znacznie ciekawsza była polityczna rozgrywka między pułkownikiem Carrerą z sił Protektoratu a sprawującą władzę na planecie Daniką Harlan. Intrygi i walka o wpływy, choć to jedynie wątki poboczne, zdecydowanie zasłużyły na główną rolę w tej fabule. Nie zawiodła też sztuczna inteligencja. Poe powraca w popsutej, a przez to coraz bardziej ludzkiej roli. Niby sztampa, ale kreacji Chrisa Connera trudno cokolwiek zarzucić. Co więcej, jego interakcje z Diną Shihabi, grającą Pannę Odkrywkę (niegdyś SI wspomagającą archeologów), także zdają się ciekawsze od głównego wątku. Gdy nie oglądamy akurat scen związanych z konfliktem Carrery i Harlan, to właśnie tych dwoje ratuje poziom serialu. Takeshi tymczasem ugania się za miłością swojego życia.

W przypadku “Altered Carbon” dobry brzmi jak obelga

Chris Conner (Poe) i Dina Shihabi (Odkrywka 301), fot. Netflix
Chris Conner (Poe) i Dina Shihabi (Odkrywka 301), fot. Netflix

Zdecydowanie na plus należy ocenić chęć naprawienia błędów, które wytknięto “Altered Carbon” po emisji pierwszego sezonu. Sposób, w jaki to zrobiono, zakrawa jednak o zbrodnię! Nie po raz pierwszy twórcy netflixowego serialu poszli po linii najmniejszego oporu – zamiast solidniej zarysować wątki, po prostu je okrojono. To sprawia, że oba sezony trudno nawet porównywać. Pierwszy, choć nie każdemu przypadł do gustu, budził żywe dyskusje i nawet mimo chaotycznego finału mógł liczyć na wysoką ocenę. Drugi jest natomiast dobry – tylko dobry.

Trudno się przyczepić do poprawności poszczególnych elementów, ale nie ma tu niczego, co wynosiłoby poziom serialu na wyżyny. Nie ma też ambicji, by pokazać coś więcej, choć książkowy materiał aż się o to prosił.

Zabrakło chęci, a może odwagi, by pozostawić ten tytuł zainteresowanej gatunkiem widowni. Zamiast tego otrzymaliśmy wiele wtórnych motywów, które poszerzają grono odbiorców, ale raczej nie zainteresują grupy, zdawałoby się, docelowej. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie dobry melodramat w świecie przyszłości to wciąż mniej niż intrygujące science fiction, które nam obiecano.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Wyjątkowe zdjęcia Audrey Hepburn w londyńskiej Proud Galleries

Jedna z największych gwiazd Złotej Ery Hollywood, ikona stylu i zjawiskowa piękność,...
Czytaj wiecej