Paul Thomas Anderson + Thom Yorke + Netflix = “Anima”

Fragment filmu "Anima", fot. Netflix
Fragment filmu "Anima", fot. Netflix
Przykuwające uwagę nazwiska oraz intrygujący trailer opublikowany zaledwie tydzień temu sprawiają, że "Anima" jest jedną z bardziej zaskakujących, a przy tym wyczekiwanych czerwcowych premier Netflixa. Czy to kolejny przejaw jakościowej odmiany platformy?

W ostatnich latach coraz częściej pojawiają się narzekania na jakość produkcji Netflixa. Serwis zdecydowanie poszedł w ilość, przeznaczając na własne produkcje miliardy dolarów. Za te pieniądze można by wyprodukować kilkadziesiąt świetnych tytułów. Zamiast tego otrzymujemy kilkaset oryginalnych produkcji rocznie, ale mało która rzeczywiście spełnia oczekiwania widzów. W przypadku one-reelera “Anima” trudno jednak o jakiekolwiek oczekiwania, ponieważ o projekcie dowiedzieliśmy się przed kilkoma dniami. Krótkometrażówka ma wspierać premierę nowego solowego albumu Thoma Yorke’a – lidera Radiohead. Dość nieoczekiwanie w projekt zaangażował się także Paul Thomas Anderson.

Kadr z filmu "Anima" – Thom Yorke i Dajana Roncione niemal pochłonięci przez mrok, fot. Darius Khondji/Netflix
Kadr z filmu “Anima” – Thom Yorke i Dajana Roncione w mroku, fot. Darius Khondji/Netflix

Thom Yorke nie od dziś flirtuje z branżą filmową. Ostatnie dwie dekady to dla niego właściwie bardziej praca nad muzyką filmową niż nad kolejnymi płytami Radiohead. Nie tak dawno Brytyjczyk tworzył choćby ścieżkę dźwiękową do remake’u “Suspirii”. “Anima” to jednak zupełnie nowy rozdział. Po raz pierwszy to nie Yorke tworzy muzykę do filmu, ale film tworzony jest do jego muzyki. Co ważne, nie powinniśmy liczyć na banał, lecz kino artystyczne pełną gębą. Z pewnością nie każdemu się to spodoba, ale rzecz w tym, że z perspektywy Netflixa jest to wyraźne poszukiwanie nowej ścieżki. Zaufanie firmy do krótkiego formatu możemy po części zawdzięczać sukcesowi antologii “Miłość, śmierć i roboty”, ale nawet w porównaniu z nią “Anima” będzie wchodzić o wiele głębiej w świat kina niezależnego.

Inną, dość istotną w tej kwestii informacją, będzie też dla wielu nazwisko reżysera. Na stołku usadowił się bowiem Paul Thomas Anderson. “Anima” być może nie umożliwi mu pełnego odjazdu, ale P.T. na pokładzie wyraźnie pokazuje następny trend. Mówimy bowiem o kolejnej z ikon współczesnej kinematografii, która podejmuje współpracę ze streamingowym gigantem. Wcześniej byli to między innymi nagrodzony Oscarem za netflixową “Romę” Alfonso Cuarón oraz wciąż pracujący nad swoimi projektami dla Netflixa Martin Scorsese i Guillermo del Toro.

Jak wspomniałem we wstępie, całe przedsięwzięcie związane jest z premierą trzeciego solowego krążka Thoma Yorke’a. Wydana nakładem XL Recordings “Anima” ma liczyć niespełna 48 minut, na które złoży się dziewięć utworów (plus bonusowy kawałek na winylu). Płyta trafi do sprzedaży 27 maja i to właśnie tego dnia powinniśmy oczekiwać także premiery filmu na Netflixie. Dzień wcześniej piętnastominutowa krótkometrażówka trafi do wybranych kinach sieci IMAX. W Polsce jedyną okazją, by zobaczyć film wcześniej, będzie seans o 19:15 w warszawskim Sadyba Best Mall.

Autor artykułu
More from Damian Halik

“Fight Club”? Palahniuk chce kolejnego filmu!

Chuck Palahniuk powraca – filmowy „Fight Club” zapewnił mu rozgłos, który przełożył...
Czytaj wiecej