Asgardia nie powstanie? Problemem ludzie, nie technologia

"Visions, Ventures, Escape Velocities: A Collection of Space Futures" - sekcja Low Earth Orbit, fot. Maciej Rebisz
"Visions, Ventures, Escape Velocities: A Collection of Space Futures" - sekcja Low Earth Orbit, fot. Maciej Rebisz
Budowa ponadnarodowych organizmów społecznych zdaje się naturalnym krokiem w rozwoju cywilizacji, której marzy się podbój kosmosu. I tu pojawia się problem: najzwyczajniej w świecie ludzkość nie jest jeszcze na to gotowa, a doskonałym przykładem klęski na tym polu może okazać się Asgardia. Może, o ile to istniejące tylko teoretycznie państwo w ogóle opuści krainę utopijnych i niemożliwych do realizacji pomysłów. Jak na razie nie wydaje się, by projekt wykraczał poza przepis na standardową dystopię rodem z science fiction.

Już samo pytanie o to, czy Asgardia powstanie, może wydać się głupie. W końcu mowa o samozwańczym “kosmicznym państwie”, którego fizyczną formą jest ważący 2,7 kilograma nanosatelita, krążący wokół Ziemi. Zresztą nie powinienem w ogóle używać słowa “państwo” – nie wystarczy bowiem posiadanie symboli narodowych, populacji czy nawet terytorium. By móc się tak określać, Asgardia musi nawiązać stosunki międzynarodowe i zyskać akceptację ONZ, a to proste nie będzie. Abstrahując jednak od problemów czysto formalnych, zapowiedzi kosmicznej ekspansji wcale nie są tak głupie, jak mogłyby się zdawać. W tej kwestii wystarczy po prostu poczekać na odpowiednią technologię. Znacznie trudniejsze może się okazać wprowadzenie w życie dwunastopunktowej Deklaracji Jedności, leżącej u podstaw tego dziwnego tworu.

Wszyscy obywatele Asgardii są równi, bez względu na ich ziemski kraj pochodzenia, zamieszkanie, obywatelstwo, rasę, narodowość, płeć, język i sytuację finansową – punkt 4. Deklaracji Jedności

Pewnie nawet nie zdajecie sobie sprawy, ale na świecie jest przynajmniej kilkadziesiąt tak zwanych mikronacji. Część z nich to rzeczywiste terytoria, które nie są uznawane na arenie międzynarodowej, jak Sudan Północy. Większość ociera się jednak o żart, będąc jedynie formą ukazania indywidualizmu. Do żadnej z tych grup nie należy jednak Asgardia (choć zdecydowanie bliżej jej do drugiego typu mikronacji).

Igor Ashurbeyli, fot. oficjalny kanał YouTube
Igor Ashurbeyli, fot. oficjalny kanał YouTube

Jej powstanie ogłoszono w październiku 2016 roku i muszę przyznać, że poza dość pompatyczną, nawiązującą do jednej z dziewięciu krain bogów w mitologii nordyckiej nazwą, koncepcja ma kilka solidnych zalet. Przede wszystkim jej założyciel – Igor Ashurbeyli – zdaje się zbyt poważny, by narażać się na śmieszność. Mowa o uznanym, nagrodzonym między innymi złotym medalem UNESCO za zasługi dla rozwoju nanonauki i nanotechnologii rosyjskim naukowcu kazachskiego pochodzenia. 54-latek przez dekady pracował dla wielu ważnych firm, głównie związanych z obronnością. Jest też filantropem i biznesmenem, a finansowanie projektu (przynajmniej na tym etapie) nie stanowi dla niego problemu.

Asgardia – państwo przyszłości

Asgardia – symbole narodowe
Asgardia – symbole narodowe

Asgardia doczekała się już flagi, herbu, hymnu, Deklaracji Jedności i rozwijającej jej postanowienia Konstytucji. Wokół projektu zgromadziła się też spora, licząca w tym momencie około 260 000 obywateli społeczność, a niedawno wybrano także parlament oraz “głowę narodu” – tą został oczywiście Igor Ashurbeyli. I tu właśnie zaczynają się problemy projektu: ludzie. Asgardia bywa wizualizowana w sposób przypominający tytułowe Elysium z filmu Neilla Blomkampa i wiele wskazuje na to, że w sferze społecznej projekt ten może powielić los dystopijnej historii południowoafrykańskiego reżysera.

By zostać obywatelem tego samozwańczego “kosmicznego państwa”, wystarczy wyrazić taką chęć i zaakceptować treść Deklaracji Jedności. Takie podejście sprawia jednak, że tylko część osób zainteresowanych projektem naprawdę chce pracować nad jego realizacją. Gdybyśmy przyjrzeli się osobom, które kandydowały do parlamentu, znajdziemy tam naukowców, lekarzy, inżynierów czy niedoszłego astronautę. Jasne jest, że to swego rodzaju elita, która będzie mieć pierwszeństwo w zasiedlaniu, jeśli Asgardia zyska kosmiczne terytorium. Tyle wystarczy, by spowodować wewnętrzny konflikt w państwie. Do tego dochodzi nie do końca jasny system polityczny.

Kadr z filmu "Elizjum" Neilla Blomkampa, fot. TriStar Pictures
Kadr z filmu “Elizjum” Neilla Blomkampa, fot. TriStar Pictures

Ashurbeyli chce, by jego Asgardia była demokracją w czystej postaci, lecz nie rezygnuje ze swej fascynacji brytyjską monarchią. Na pierwszy rzut oka zdaje się to normalne – Rosjanin stworzył państwo, więc został jego przywódcą. System, który zaproponował, jest jednak skrajnie niedemokratyczny, bo choć sprawia wrażenie, że decyzje podejmowane są przez 146-osobowy parlament w ramach dialogu społecznego, “głowa narodu” ma prawo do zniesienia każdej uchwały, a nawet rozwiązania zgromadzenia narodowego. Nie mówię, że Ashurbeyli do tego zmierza, ale nie oszukujmy się: mało prawdopodobne, że nawet jeśli Asgardia opuści sferę utopijnych planów, 54-latek dożyje czasów, gdy jego dzieło stanie się kosmicznym państwem. Pozostawienie prawnych możliwości jednoosobowego decydowania o losach kraju jego następcom może natomiast skończyć się tak, jak zwykle.

Ani złożona z dziewięciu tysięcy słów Konstytucja (50 artykułów podzielonych na 10 rozdziałów), ani Deklaracja Jedności nie uchronią ludzi przed ich własną naturą. Historia uczy nas, że nawet niewielkie, elitarne grupy prędzej czy później ulegają deprawującej sile władzy. W tym momencie to zdaje się największym problemem ambitnego projektu Igora Ashurbeylego. Nie technologia, która prędzej czy później pozwoli na podróże kosmiczne i podbój kosmosu. Nawet jeśli Asgardia się urzeczywistni, jej utopijna wizja bardzo szybko może przerodzić się w znaną z setek filmów czy książek wizję dystopijnych losów ludzkości. Hasło “One Humanity – One Unity” bardzo łatwo przekuć w podwaliny dyktatury, ale – na szczęście – Asgardia jest na tyle słabo rozwiniętym konceptem, że nie jest jeszcze za późno na zmiany w tej materii.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Pico C – urządzenie dla domorosłego piwowara

Sezon letni rozpoczęty, więc – chcemy czy nie – piwo będzie towarzyszyć...
Czytaj wiecej