“Bandana” to Freddie Gibbs i Madlib w szczytowej formie

Legendarny duet powraca ze znakomitym albumem. Rok 2019 już należy do Gibbsa i Madliba.

Czy Freddie Gibbs i Madlib to najlepszy duet współczesnego hip-hopu? Jeśli nie, to na pewno jeden z najlepszych. Druga wspólna płyta obu panów po raz kolejny dostarcza sporego zastrzyku energii nieco przemęczonej, eksploatującej w nieskończoność trapową estetykę scenie. “Bandana” jest dziełem twórców, którzy ani nie spoglądają na panujące trendy, ani też nie mają ambicji bycia wpływowymi głosami generacji. To po prostu album nagrany przez mocne indywidualności zaciekle broniące własnej wizji. 

Już od pierwszego numeru wiadomo, z czym mamy do czynienia. Następujący po intro “Freestyle Shit” zapowiada brudne brzmienie pozostałych trzynastu utworów. Oparty na prehistorycznych, soulowo-funkowych samplach produkcyjny styl w połączeniu z charyzmą Gibbsa maluje dźwiękowy krajobraz niejako w opozycji do klarowności dzisiejszego rapu. Madlib oraz jego uliczny samuraj kreują niezwykle emocjonalne, życiowe sceny bez upiększających filtrów. Bezkompromisowa aranżacyjna szorstkość sprawia, że konkretne kompozycje można wręcz poczuć palpacyjnie, a w erze streamingowej organiczność muzyki to nie lada ewenement. 

Bezpretensjonalność zdolnego tandemu naturalnie prowadzi do skrajnie swobodnej struktury materiału.

Autorzy, zamiast kurczowo trzymać się jednego tematycznego konceptu, pozwalają sobie na instynktowne figle. Ich frywolne podejście ma wpływ na wrażenie spontaniczności wpisane w DNA piosenek. Dynamiczna forma pozwala im na regularne zapuszczanie się w zaskakujące rejony, dostarczając odbiorcy mnóstwo niezapomnianych wrażeń.

Freddie Gibbs i Madlib,
źródło: pitchfork.com

Przyświecająca wydawnictwu staroszkolna filozofia nie jest jednak w żadnym wypadku przestarzała. Mimo retrospektywnych inspiracji kunszt Madliba przez lata nie stracił świeżości. Jeśli zaś chodzi o Freddiego, to tu również nie ma żadnych zaskoczeń. Fredrick nadal kroczy samodzielnie obraną drogą Yukio Mishimy gangsta rapu – osobowości odnajdującej liryzm w najbardziej chropowatych składnikach rzeczywistości. 

Starzy wyjadacze ponownie pokazali, kto tu tak naprawdę rządzi.

“Bandana” ignoruje to, co modne i obiera osobisty kurs w świat nieokrzesanych, ale poruszających duszę dźwięków. Dobrze, że w czasach, kiedy słupki popularności są traktowane jak wyrocznia, istnieje muzyka zachęcająca do efektownego skoku w bok.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Wszystkie moje popkulturowe grzechy

"Guilty pleasure” oznacza grzechy popkultury, którymi uwielbiamy się rozkoszować, oczywiście, gdy nikt...
Czytaj wiecej