Robert Motyka

To niezwykła rozmowa... o roli kabaretów i stand-upu w dzisiejszych czasach, porannym wstawaniu przed wschodem słońca, przemijaniu i nieprzegadanych sprawach, o przesuwaniu granic swoich możliwości i pomaganiu bliźniemu!

Robert Motyka to – jak o sobie mówi – przede wszystkim radiowiec, a przy okazji kabareciarz, artysta i miłośnik sportu. Człowiek wielkiego serca, który nie potrafi biegać bezinteresownie, za każdym razem stara się więc pomagać! Gdybym mógł określić go jednym zdaniem: Człowiek anegdota! Z jednego wywiadu z tym gościem można spokojnie napisać książkę!

Jak obecnie wygląda życie komika w Polsce?

R.M.: Życie komika w Polsce to nie jest łatwy chleb. Często podczas spotkań ze znajomymi, przyjaciółmi w rodzinnych stronach, tam, gdzie mieszkają moi najbliżsi, ktoś poklepuje mnie po ramieniu i mówi: “Ty to masz świetną robotę, bo sobie jeździcie po Polsce, występujecie, bo śpisz sobie w hotelach, i jeszcze ta popularność i wszystko, co jest z tym związane”. Oczywiście tak do końca nie jest, bo to jest tylko wierzchołek góry lodowej.

Podróżowanie po kraju z walizką komika wiąże się z ogromnym wysiłkiem. Moi koledzy, przyjaciele, a nawet wręcz rodzina nie do końca zdają sobie sprawę z tego, jak wygląda to od kuchni. Mówię to z pełną świadomością, ponieważ wykonuję ten zawód, jeżeli można tak go nazwać, że jest to zawód, bo moim zdaniem jest to bardziej spełnienie marzeń, pasja, ale nazwijmy to, powiedzmy roboczo na potrzeby tej rozmowy, że to jest jakaś praca. Praca marzeń.

To jest ciężki kawałek chleba, bo to wiąże się z tym, że coś najpierw trzeba przygotować, zadbać o to, żeby było to dobre. Tu mówię o programie kabaretowym, który musi być dopieszczony. Czyli to, na co ludzie chcą pójść, poświęcić swój czas i ciężko zarobione pieniądze. To się wiąże z miesiącami pracy, czasami latami. Bo nawet jeżeli napiszemy skecz jeden czy drugi, to dopiero po jakimś czasie, że tak powiem, dochodzi jak dobry bigos na gazie. To znaczy, że trzeba go grać czasami dłuuugo, żeby publiczność właściwie swoimi reakcjami zdecydowała, co jest dobre, a co nie. Więc odcinamy słabsze gałązki, a zostają te najlepsze. Zdarza się, że piszemy skecz, który jest tylko i wyłącznie jakimś drobnym żartem, a okazuje się, że za chwilę jest to hit.

Tak było na przykład z “Jackiem Balcerzakiem”. W moim przekonaniu najlepszym, który graliśmy do tej pory. Graliśmy go kilka lat, dokonując pewnych zmian, jeśli jakiś żart sprawdzał się na scenie, to zostawał i budowaliśmy wokół niego dodatkową konstrukcję. Wszystko było oparte na improwizacji i to może być ciekawostka dla fanów – ten skecz nigdy nie był spisany na kartce. W swojej najlepszej wersji powstał na scenie. Ale wracając do samej pracy komika: przyjeżdżamy do hotelu o dwudziestej trzeciej, a następnego dnia o godzinie dziewiątej, po śniadaniu, ruszamy w dalszą podróż. Przed nami bowiem kolejne dwa spektakle w mieście oddalonym na przykład o dwieście kilometrów.

Trzeba się trochę najeździć i po drodze oszczędzać siły, żeby zostało coś na spektakl. Powtarzam to dlatego, że całkiem niedawno nasz dobry znajomy, któremu wydawało się, że uprawiamy totalne szaleństwo, zabrała się z nami w trasę. Miał wyobrażenie, że to będzie rock and roll. Bardzo się zdziwił, kiedy okazało się, że w drugiej godzinie podróży do miasta X nagle część zespołu śpi, ktoś czyta książkę, cicho gra muzyka, nic się nie dzieje, nie zatrzymujemy się już w drodze bez powodu i nie ma tego całego szaleństwa, które sobie wyobrażał. Tłumaczę, dlaczego tak jest. Po prostu dbamy o energię, żeby eksplodowała w tym momencie, kiedy wychodzimy na scenę.

Jak odniesiesz się do tak szybko rozwijającej się sceny stand-upowej w Polsce? Czy czujecie, że znacznie tracicie na korzyść stand-upu? Abelard Giza jako pierwszy porzucił kabaret na rzecz stand-upu, następnie Michał Pałubski opuścił Formację Chatelet a teraz Roman Żurek z Neo-Nówki startuje ze swoim nowym projektem “One RoMan Show”.

Robert Motyka
Robert Motyka

R.M.: Wiesz co, ja się nie zgodzę z tym, co powiedziałeś, że to jest w tej chwili dynamicznie rozwijająca się gałąź. Uważam, że to się rozwinęło już dawno temu i funkcjonuje doskonale. Właściwie to tak jak powiedziałeś, Abelard Giza był według mnie pierwszą osobą, która zamieniła kabaret na stand-up. Zakończył się etap z kabaretem Limo, a rozpoczął się zupełnie inny i to był piękny start tego, co dzieje się teraz w całej Polsce.

Początki pewno nie były zbyt łatwe. Wiadomo, że w Stanach Zjednoczonych stand-up rozpędzał się dużo wcześniej i tam funkcjonuje trochę inne poczucie humoru. Moim zdaniem takie, na które my jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu nie byliśmy gotowi. Polska, jeśli mówimy o humorze, jest jednak miejscem wychowanym na kabaretach, na dowcipie Kabaretu Starszych Panów, Kabaretu Tey, Dudek czy potem kabaretach już bardziej komercyjnych, począwszy od Ani Mru Mru, Moralnego Niepokoju i chociażby Paranienormalnych. Zatem w momencie, kiedy my rozpoczynaliśmy naszą przygodę z kabaretem w roku 2004, stand-upu w Polsce nie było jako takiego.

Oczywiście można by się pokusić o tezę, że Marcin Daniec był start-upem, no bo przez całe życie wychodził i był sam na scenie, Jurek Kryszak podobnie, a nawet Tadeusz Drozda. To zawsze był temat do dyskusji – oni przedstawiają monolog czy robią stand-up? Mnie to bardzo cieszy, że stand-upu jest u nas dużo. Nie czuję, że kabaretowi ktoś nagle podbiera publiczność. Myślę, że ona się bardzo płynnie podzieliła. Czuję natomiast, że kabaret mógłby się trochę bardziej postarać, że stand-up ma absolutnie świeżą energię, ogólnie świeżość. Natomiast kabaret w moim przekonaniu od pewnego momentu bardzo rozmienił się na drobne. Za dużo w telewizji, za dużo powtórek i za dużo na akord.

Mam wrażenie, że ostatnio kabaret w Polsce przeżywa renesans za sprawą skeczu “Wigilia” Neo-Nówki. Zrobiło się bardzo dużo szumu wokół tego, w jak mocnej formie przedstawili rzeczywistość. Czy Paranienormalni z premedytacją nie dotykają tematów politycznych, żeby jeszcze bardziej nie dzielić publiczności?

R.M.: Tak, jest to dobrze powiedziane. Z pełną premedytacją nie poruszamy tematów politycznych. Od początku mieliśmy założenia, że polityka to nie nasza bajka. Jako młodzi goście, zakładając zespół, absolutnie nie wiedzieliśmy, o co w tym chodzi. To w ogóle nie było dla nas ani zabawne, ani interesujące. Nie było sensu tego robić, dlatego że przede wszystkim, tak jak to powiedziałeś, dzieli widzów!

Podtrzymujecie tę decyzję konsekwentnie do dziś!

R.M.: Będąc przez lata administratorem naszych mediów społecznościowych, otrzymuję i otrzymywałem od naszych fanów potwierdzenie tego, że to jest dobra decyzja, bo po wielokroć powtarzały się komentarze: “Bardzo dziękujemy za to, że podczas swojego dwugodzinnego programu nie mówicie o polityce, religii i seksie”. Nie ma też wulgaryzmów. To jest nasz kabaretowy kręgosłup moralny. Wszystkie rzeczy, które mówimy, robimy na scenie, są zgodne z tym, co my czujemy.

Oczywiście kuszące jest w obecnej sytuacji, w której jesteśmy, żeby wyjść i zrobić skecz na temat Jarosława Kaczyńskiego czy premiera Morawieckiego, albo Sasina i wyborów kopertowych, o Tusku czy o węglu! Oczywiście, że moglibyśmy to zrobić. Natomiast uważam, że mógłby być duży szok dla naszej publiczności (śmiech). Ludzie, którzy przychodzą na nasz występ, wiedzą, że tam tego nie będzie. Kiedy Neo-Nówka pokazała w Koszalinie skecz “Wigilia”, publiczność utożsamiała się z większością tekstów, ale byli także tacy, którzy podnieśli larum. Jak to? Kabaret ma pokazywać rzeczywistość w krzywym zwierciadle, a nie mówić wprost, jak jest.

Zamykając już wątek kabaretowy, jesteście jednym z niewielu kabaretów, który totalnie nie używa wulgaryzmów, które – moim zdaniem – najbardziej śmieszą Polaków czy to w teatrze, czy kinie. Co twoim zdaniem obecnie najbardziej śmieszy waszą publiczność?

R.M.: Jeżeli chodzi w ogóle o używanie wulgaryzmów? No to wiadomo, że każdy artysta kabaretowy zdaje sobie sprawę, że to są takie środki, po które się sięga i praktycznie zawsze działają, ale często zupełnie niepotrzebnie. To taka droga na skróty. Lata temu uświadomiła mi to Joanna Kołaczkowska, którą uważam za ikonę kabaretu. Kiedy zaczynaliśmy swoją przygodę z estradą, Asia była jurorką w którymś z przeglądów kabaretowych, powiedziała nam wtedy: “Chłopaki, wy jesteście tak wyraźni, macie taki charakter, macie tyle dobrych pomysłów i rozwiązań. Warto by było, żebyście pomyśleli nad jakimś innym rozwiązaniem niż tym, że trzeba pokazywać gołe pośladki i mówić kurwa na scenie”. Bo myśmy na początku, szukając swojego charakteru, sięgali się właśnie po wszystko.

Wracając do Twojego pytania, co śmieszy naszą publiczność, to nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Każdy śmieje się po swojemu, z czego innego, są też różne gusta. Na tym rzecz polega, że te kabarety proponują każdemu widzowi coś innego. Są zespoły podobne, ale nie ma dwóch takich samych. Oczywiście każdy ma coś innego do zaoferowania, ma nawet inny pomysł, pokazując to samo zjawisko. My, Paranienormalni śmiejemy się z codzienności, naszych przywar, z relacji damsko-męskich, z kryzysu wieku średniego, z tego, że dzieci tak szybko rosną i przede wszystkim śmiejemy się sami z siebie.

Po wielu latach wróciłeś do swojego pierwotnego zawodu, do Radia ZET, by wspólnie z Markiem Starybratem o 5:30 budzić Polaków legendarnym “Dzień dobry bardzo!”. Powiedz mi, jak godzisz trasę kabaretową z codzienną pracą radiowca?

R.M.: Od zawsze kocham radio. Oczywiście mógłbym skłamać i powiedzieć, że jestem rannym ptaszkiem i wstawanie o świcie sprawia mi prawdziwą frajdę, ale to nie do końca jest prawda. Budzik krzyczy na mnie o 4:40 każdego dnia, od poniedziałku do piątku. W tygodniu szkolę firmy, ich zarządy i managerów z wystąpień publicznych lub realizuję zlecenia na rzecz korporacji jak prowadzenie eventów, wsparcie w moderacji spotkań i temu podobne. W piątek, zaraz po dyżurze w radiu, ruszam w trasę ze swoim kabaretem. Gram cały weekend. Wracam w niedzielę wieczorem i rano w poniedziałek znów jestem w radiu. Każdy dzień mam zaplanowany, działam o określonych porach. W ciągu każdego dnia znajduje dłuższą przerwę, aby przygotować się do swojej pracy, czyli ułożyć plan na następny dzień. Pomaga mi w tym mój zespół, czyli manager i ukochana żona, bo nie wszystko zrobiłbym sam, a mówimy tu o jakości, a nie bylejakości. Oczywiście to brzmi jak rollercoaster!

Odpowiadając jednak na pytanie: pracowałem trzynaście lat w różnych stacjach radiowych, uwielbiam mówić ludziom “dzień dobry” jako pierwszy, robić dzień, parzyć z nimi kawę, towarzyszyć im w takich prostych rzeczach, które są o poranku. Korki czy śniadanie. Zaglądać im do garnka, do kuchni. Co dzisiaj? Sadzone czy owsianka? Na co powinni zwrócić uwagę w drodze do pracy. Może coś ważnego wydarzyło się w nocy? Jeśli tak, to za chwilę o tym powiem. Mam tę świadomość, że robię to jako pierwszy i mogę ich wprowadzić w dobry nastrój i to tak naprawdę mnie bardzo kręci.

Praca w radiu o dziesiątej czy piętnastej nie jest dla mnie. Rano jest ta kumulacja największej pozytywnej energii. I dlatego też po latach, kiedy okazało się, że mam taką możliwość, żeby wrócić do radia i to jest Radio ZET, podjąłem to wyzwanie. Mówię wyzwanie dlatego, że kiedy okazało się, że rzeczywiście mam taką szansę, dałem sobie kilka dni na to, żeby sobie poukładać w głowie wszystko to, czy rzeczywiście w wieku czterdziestu ośmiu lat jestem w stanie to fizycznie udźwignąć, mając na głowie tak dużo zajęć, bo oprócz tych wszystkich zajętości przecież jest jeszcze rodzina. Praca w radiu na poranku to – jak mówi Marek Starybrat i za to go kocham: “Prowadzenia porannego »Dzień dobry bardzo« w radiu ZET jest jak prowadzenie dużego samolotu”.

Wszystko wymaga niesamowitej precyzji i tu nie ma miejsca na błędy. Teraz, wstając o poranku w dosyć smutnej porze roku, też jest inaczej niż gdy wstawałem jeszcze kilka miesięcy temu. To było cudowne, bo jechałem do pracy i wschodziło słońce. To było monumentalne, to było fantastyczne. Mówiłem sobie: “Warto było tak wcześnie wstać!”.  Teraz mamy jesień, jadę do pracy, jest ciemno, pada deszcz i są cztery stopnie. Mówię sobie: “Naprawdę?! Naprawdę tak sobie to wymyśliłem?!”. Jestem z krwi i kości radiowcem. Oczywiście kabaret gra mi w duszy. Bo to są spotkania z ludźmi, a ja kocham ludzi!

Ostatni czas to dla ciebie czas powrotów, również na nieco dłużej do rodzinnego domu w Sieniawie, by wspólnie z tatą wziąć udział w programie “Rzeczy, których nie nauczył mnie ojciec” o męskiej relacji ojca z synem! Czego nauczył cię ten serial?

Robert Motyka, Tadeusz Motyka
Robert Motyka wraz z ojcem Tadeuszem

R.M.: Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jakoś tak idealnie, ale przeżyłem wiele przygód fantastycznych. Natomiast nie spodziewałem się, że uda mi się z tatą przeżyć coś tak nieprawdopodobnie pięknego. Nie spodziewałem się, że tyle osób w to emocjonalnie wejdzie. Osób obcych, które wcześniej nie uczestniczyły w moim życiu. Serial z ojcem był prawdziwy, nie udawaliśmy niczego i pokazaliśmy nasze normalne, codzienne życie, pełne dobrych i złych rzeczy. Na początku podczas zdjęć byłem bardzo zestresowany. Martwiłem się, jak to ocenią widzowie, jak zniesie to tata, jak poradzi sobie z obecnością ekipy filmowej przez miesiąc u niego w domu. Tymczasem okazało się, że on zachowuje się jak zawodowiec, który wie, co mówi i wie, co ma powiedzieć. Jest zdyscyplinowany, dowcipny i uszczypliwy w swoim stylu.

Byłem zdumiony tym, w jaki sposób on sobie radzi przede wszystkim z obecnością kamery. Wierz mi, nie każdy potrafi wtedy zachowywać się zupełnie naturalnie. Ojciec jakby całe życie grał w filmach. To było fantastyczne móc go oglądać w akcji. Czułem prawdziwą dumę. Mam super tatę. Okazało się również, że mój ojciec jest świetnym komikiem, który co prawda nie potrafi powiedzieć wprost, że mnie kocha, a na tym bardzo mi zależało, ale za to w zabawny sposób potrafi mnie natychmiast postawić do pionu.

Już w trakcie emisji serialu i długo po zakończeniu drugiej serii odbierałem mnóstwo pozytywnych i bardzo wzruszających wiadomości od widzów. Wiele osób utożsamiało się z naszą historią. Bardzo się z tego cieszę, że każdy mógł znaleźć tam trochę siebie.

Publiczność pokochała was za tę autentyczność, za prawdę, którą im dostarczyliście. Dzięki temu też powstał kolejny sezon. A Twój zakrzyk “Taaatoooo?!” i odpowiedź “Czego Ty mordę drzesz?!” stały się już viralem!

R.M.: Wiesz co? Przede wszystkim jestem tym wzruszony, bo mam pełną świadomość tego, że to zostanie na całe życie. Ja się tego nie spodziewałem. Mieszkam prawie sześćset kilometrów od taty. My się w ciągu roku widywaliśmy dwa, może trzy razy. Najczęściej w jakieś święta. Natomiast teraz jesteśmy ze sobą bardzo blisko. Dzwonię do niego codziennie, jak wracam z pracy i witamy się w nasz sposób: “Halo Warszawa!”, “Halo Sieniawa!”.

Wcześniej tego nie było. Mogę powiedzieć tylko tyle, że odkryłem ojca na nowo, że myśmy się wzajemnie odkryli. Ja też dowiedziałem się od niego wielu rzeczy. Najbardziej wzruszającą rzeczą było to, kiedy zapytałem: “Tato, a czego Ty się o mnie dowiedziałeś z tego serialu?”. Tata z uśmiechem odparł: “Ja się dowiedziałem, że wychowałem dobrego człowieka, że jesteś dobrym człowiekiem”. Kurczę, wiesz, mam czterdzieści osiem lat i bardzo się wzruszam tym, jak słyszę to od własnego taty. Jest świetnym gościem.

A jakim Ty jesteś ojcem?

R.M.: To jest bardzo trudne pytanie, bo oczywiście powinny na nie odpowiadać moje dzieci. Natomiast gdybym miał dokonać takiej samooceny, to bym powiedział, że na czwórkę. Oczywiście dążę do tego, żeby być jak najlepszym, ale zdaję sobie sprawę z popełnianych błędów, że jednak mimo wszystko to jest ta najwyższa cena, o której mówiłem na początku. Zapłaciłem, bo byłem w trasie, a nie na przykład z moim synem, który akurat rozgrywał mecz piłki nożnej i bardzo mu zależało, żebym był. Ja akurat wtedy miałem gdzieś występ. Moja córka Hania stepowała na mistrzostwach Polski i tez tego nie widziałem. Uciekło mi. Bezpowrotnie. Są rzeczy, które się wydarzyły i już nie wrócą.

Staram się jednak nie oglądać za siebie, tylko patrzeć w przód. Przegadałem temat z moim synem, który ma dwadzieścia trzy lata i jest już dorosłym facetem. Przyznałem się do tych błędów. Byłem młodym ojcem, nie potrafiłem tego wszystkiego objąć. Sam byłem dzieciakiem, więc trudno było mi być odpowiedzialnym tatą. Natomiast patrzę w przyszłość z optymizmem. Przecież całe życie przed nami, możemy te relacje wciąż budować. Kocham moje dzieci absolutnie ponad wszystko. Mam już tę świadomość, że pewnych rzeczy nie da się odbudować, ale dużo da się zbudować. I tak naprawdę wszystko, co jest najważniejsze na świecie, a czego nauczył mnie mój ojciec, to jest właśnie rodzina, to jest dom.

Poza sprawami zawodowymi jest również twoja pasja – sport, a w szczególności bieganie, choć ostatnio wspólnie z Maćkiem Kurzajewskim pokonaliście połówkę Iron Mana! Co będzie kolejne? Zdobycie ośmiotysięcznika?

Robert Motyka
Robert Motyka

R.M.: Jeszcze się tym nie chwaliłem. Jesteś pierwszą osobą, której to mówię! W przyszłym roku chcę pobiec ULTRA, czyli na sto kilometrów. Zacząłem delikatne treningi. Chcę to zrobić i zrobię to, ale jak zawsze podchodzę do wyzwania z dużą pokorą. Każdy wysiłek fizyczny – czy to maraton, czy to triatlon – ma dla mnie sens tylko wtedy, jeżeli tym medalem mogę się z kimś podzielić i komuś go wręczyć. Tylko wtedy decyduję się na taki wysiłek, bo chyba nie zdecydowałbym się na przebiegnięcie czterdziestu dwóch kilometrów tylko po to, żeby sobie tak pobiec dla zabawy.

Bardzo mnie mobilizuje świadomość tego, że biegnę dla kogoś. Ja w to wierzę, że te medale mają moc, bo każdy podarowany medal jest przy tej osobie i pomaga. To są pacjenci onkologiczni. To dla nich biegam i kocham to uczucie na mecie, kiedy dostaję medal, który na chwilę jest mój, a potem go oddaję takiej osobie. Ciesze się, że mogę spotkać się z nimi po takim biegu i powiedzieć, patrząc im w oczy, że to jest medal, po który pobiegłem specjalnie dla nich i tylko dla nich. Niech on będzie jakimś symbolem, żeby się nigdy nie poddawać, że chociaż są trudne chwile, są kryzysy, są upadki, że dopóki żyjemy, trzeba walczyć! Taka forma biegania ma dla mnie ogromną wartość.

Poza tym to też uzależnia bardzo mocno. Ja dla siebie biegam po pięć, dziesięć kilometrów i więcej nie potrzebuję. To jest ten czas, kiedy nawet jestem w trasie. Biegając, mogę trochę poukładać myśli, przewietrzyć umysł, nakręcić się pozytywnie. Odnajduję w biegu dużo energii dla siebie.

Co jest Twoją największą motywacją do tego, żeby każdego dnia wstawać tak wcześnie? Żeby pracować tak ciężko, robić tyle przedsięwzięć na raz i być przy tym szczęśliwym człowiekiem?

R.M.: Jakieś dwadzieścia lat temu babcia mojej żony, która miała wtedy osiemdziesiąt pięć lat, pokazała mi swoje dłonie i powiedziała: “Robert, zobacz, jakie ja mam stare dłonie”, na co ja mówię: “Babciu, wcale nie!”. Odpowiedziała mi wtedy: “Wiesz, że ja nawet nie wiem, kiedy to się stało? Ja mam w głowie ciągle dwadzieścia siedem lat”. I wiesz, co mi to uzmysłowiło? Że życie w tym momencie, kiedy teraz rozmawiamy, trwa i nie masz tego poczucia, że ono mija. Natomiast ona jako kobieta, która miała osiemdziesiąt pięć lat, uświadomiła mi, że to wszystko rozgrywa się w mgnieniu oka.

Dlatego uważam, że trzeba absolutnie wykorzystywać swój potencjał, swoje możliwości i myślę, że nie ma nic gorszego, niż to roztrwonić. Staram się wykorzystywać każdą chwilę do tego, żeby coś przeżyć głęboko, żeby pielęgnować to, co powiedział do mnie ojciec: “Jeżeli już coś robisz, to rób to dobrze, albo się do tego nie zabieraj”. Myślę sobie też, że mam jakieś marzenia i cele. Wiem, że nigdy ich nie osiągnę, ale nie mam na to ciśnienia. Wcale nie muszę. Chodzi o to, żebym do nich dążył, żebym po prostu szedł w tamtą stronę i to mi wystarczy.

Mam ogromne szczęście, bo mam miłość, bo mam zdrową rodzinę, pracę marzeń i mogę robić to, co kocham. Staram się jeść życie całymi garściami.