Boba Fett – uwielbienie wbrew logice

Fragment okładki komiksu "Star Wars: Boba Fett" #½ (1997), fot. Marvel Comics
Fragment okładki komiksu "Star Wars: Boba Fett" #½ (1997), fot. Marvel Comics
Jeden z najsłynniejszych łowców nagród gwiezdnowojennego świata to dziś ikona serii, choć w gruncie rzeczy jego występ był bardzo krótki – ledwo się pojawił, by "chwilę" później umrzeć w dość żałosny, jak na takiego twardziela, sposób. Boba Fett zapisał się jednak w świadomości widzów do tego stopnia, że Disney postanowił złożyć mu niemały hołd.

Charakterystyczna, zielono-srebrna zbroja tego bohatera designem przywodzi na myśl skojarzenia ze szturmowcami, ale i podkreśla jego indywidualizm. Wychowanek Jango Fetta, bo nazwanie go synem jest tu lekkim nadużyciem, solidnie zapracował na swoją sławę, przebijając osiągnięcia protoplasty i stając się najlepszym łowcą nagród w całej Galaktyce. Nic więc dziwnego, że to jemu powierzono schwytanie Hana Solo. Boba Fett nie był tani, ale mógł się poszczycić niezawodnością, a jego ekwipunek wzbudzał zachwyt. Do dziś wzbudza!

Bohater z przypadku?

Scena z "Epizodu V: Imperium kontratakuje", którą Boba Fett zadebiutował w gwiezdnowojennej sadze, fot. Lucasfilm Ltd.
Scena z “Epizodu V: Imperium kontratakuje”, którą Boba Fett zadebiutował w gwiezdnowojennej sadze, fot. Lucasfilm Ltd.

Jeśli spojrzymy na listę najpopularniejszych postaci z “Gwiezdnych wojen”, dojdziemy do wniosku, że widownia lubi zwłaszcza te zadziorne, często mające swoje za uszami. Han Solo – słynny przemytnik; Chewbacca – jego pomocnik; Leia Organa – niby księżniczka, a jednak pyskata i waleczna, umiejąca wziąć sprawy w swoje ręce wojowniczka; Darth Vader – główny antagonista, a zarazem postać niesamowicie złożona i tragiczna; Boba Fett – sławny łowca nagród, który ginie w paszczy Sarlacca w niemal komiczny sposób. Ostatni punkt celowo przerysowuję, ponieważ uwielbienie dla Fetta może wydać się czymś co najmniej kuriozalny. Postać ta zaledwie miga w “Epizodzie V: Imperium kontratakuje” (1980), gdzie odbiera zlecenie na Solo, by powrócić w finale pierwszej trylogii i… zginąć. Warto pamiętać jednak o czymś jeszcze – specyfice amerykańskiego przemysłu rozrywkowego.

Nie jest tak, że Boba Fett został w jakiś sposób sztucznie wypromowany. Ta postać, mimo swej małomówności, cechowała się wyjątkową formą charyzmy i buntu, jakiego nie widzimy w postawie innych bohaterów “Gwiezdnych wojen”. Podczas gdy Rebelia łączyła siły, by zniszczyć Imperium, nim ono zniszczy resztki demokracji w Galaktyce, on podążał własnymi ścieżkami i był w stanie pracować na zlecenie każdego – o ile oferta była satysfakcjonująca. Tyle że tego tła dowiadujemy się nieco później, wiele dopowiadając sobie samemu. Nie ma jednak wątpliwości, że największą sławę tej postaci przyniósł odcinek specjalny, jaki w okresie przedświątecznym stacja CBS wyemitowała w roku 1978.

I wtedy wkracza on – Boba Fett ujeżdżający kosmiczną bestię

Debiut Boby Fetta na małym ekranie – kadr z "The Star Wars Holiday Special" (1978), fot. Lucasfilm Ltd.
Debiut Boby Fetta na małym ekranie – kadr z “The Star Wars Holiday Special” (1978), fot. Lucasfilm Ltd.

Niemal dwugodzinny program, od którego emisji 17 listopada minie 41 lat, powstał na fali olbrzymiej popularności “Epizodu IV: Nowej nadziei” i był… tragiczny. Nieprzypadkowo George Lucas nienawidził tej produkcji do tego stopnia, że zakazał jej sprzedaży na VHS-ach. W “Star Wars Holiday Special” z 1978 mogliśmy zobaczyć najważniejszych aktorów pierwszej części sagi, ale w warunkach telewizyjny. Niski budżet i miałkie poczucie humoru mocno rażą z ekranu, ale tak pod koniec lat 70. wyglądała rozrywka dla mas. W całej tej farsie wyraźnie ponad poziom wzleciała jednak pewna animacja. Właśnie w tej dziewięciominutowej wstawce zadebiutował Boba Fett – w tym momencie zapoczątkowany został jego mit, którego budowę fani kontynuowali przez lata.

CBS nigdy nie zdecydowało się na ponowną emisję, a Lucas zakazał wydawania felernej produkcji na VHS, ale najwięksi zapaleńcy nagrali swoje kopie na żywo. Po latach nagrania znalazły drogę, by ponownie wypłynąć za pośrednictwem internetu. Całe “Star Wars Holiday Special” możecie zobaczyć tutaj, natomiast animowany fragment z Bobą Fettem prezentuje się tak:

Mandalorianin przebojem wdarł się do świata „Gwiezdnych wojen”

Jeden z tysięcy fanartów, jakie można znaleźć w internecie, fot. Yaresi Saavedra/Behance
Jeden z tysięcy fanartów, jakie można znaleźć w internecie, fot. Yaresi Saavedra

Historia najlepszego łowcy nagród w Galaktyce pisała się w jakimś sensie autonomicznie od rozwoju sagi George’a Lucasa. Trzeba pamiętać, że przełom lat 70. i 80. to czas powstawania kultowej trylogii, zatem nie powinno dziwić, że w “Epizodzie V: Imperium kontratakuje” Fett pojawia się jakby na doczepkę, w reakcji na zachwyt fanów jego animowanym debiutem. To zresztą także czasy, kiedy ludzie rozwijający później tę historię, byli kilku-, kilkunastoletnimi dziećmi, zapatrzonymi w małomównego bohatera. Wątek animacji przewija się w wielu wspomnieniach choćby Andrew Ervina czy Jasona Fry’a, którzy z małoletnich fanów wyrośli na ludzi, którzy niemało włożyli w rozwój gwiezdnowojennego świata – zwłaszcza pod postacią książek rozszerzających to uniwersum.

Niemniej istotny jest sam debiut Boby Fetta na wielkim ekranie. Różnica między wersją animowaną a tą odegraną na żywo nadała postaci jeszcze większej wyrazistości. To, co można było zobaczyć w filmie z 1980 roku, przekraczało oczekiwania snujących własne wizje widzów. Jego powgniatany hełm i poobdzierana z oliwkowozielonej farby zbroja sugerowały niełatwą przeszłość i liczne potyczki. Jego blastery, plecak odrzutowy i gadżety przytwierdzone do zbroi mówiły natomiast wprost: “nie warto z nim zadzierać”. Było w tym wizualnym storytellingu mnóstwo niedopowiedzeń, które doskonale rozwijały mit i uczyniły Fetta ikoną. A to, że w całym filmie pojawia się na ekranie zaledwie na moment, wypowiadając dosłownie cztery krótkie zdania? To tylko dodawało uroku jego tajemniczości, przy okazji zarysowując toczące się w tle intrygi.

Życie po śmierci, czyli Boba Fett nie został połknięty przez Sarlacca

Popularny fanart: Boba Fett uciekający z paszczy Sarlacca, fot. Cristi Balanescu
Popularny fanart: Boba Fett uciekający z paszczy Sarlacca, fot. Cristi Balanescu

Oczywiście motyw Boby Fetta uciekającego z paszczy Sarlacca szybko pojawił się w fanowskich opowiadaniach. Wielu wierzyło, że jego zaawansowana zbroja ochroniła go od zguby na Tatooine, ale kanon mówi co innego. Nieudana egzekucja Luke’a i Hana były kresem życia słynnego łowcy nagród, ale nie jego obecności w gwiezdnowojennym uniwersum. Postać przewijała się w grach i serialach animowanych. Po latach sceny z Fettem zostały nawet dodane do odświeżonej edycji specjalnej “Nowej nadziei”. Także decyzja, by zrealizować prequele pierwotnej trylogii, była świetną okazją, by pokazać historię Fettów.

Najwięcej miejsca poświęcono im w “Epizodzie II: Ataku klonów”, gdy Boba był jeszcze dzieckiem. To wówczas dowiadujemy się, że jest on jednym z klonów Jango Fetta, który – jako wybitny łowca – uznany został za świetny materiał do stworzenia armii “na ciężkie czasy”. Boba, w przeciwieństwie do innych klonów, nie był jednak częścią “zamówienia”, a Jango starał się go wychowywać jak syna. To właśnie on był też wzorcem dla chłopca, który lata później podążył tą samą ścieżką i przebił dokonania protoplasty. Co ciekawe, w pierwszych szkicach Fett niewiele odbiegał od głównego antagonisty sagi. Sam George Lucas przyznał po latach:

Boba Fett to tak naprawdę wczesną wersją Dartha Vadera. Wiele w nim także z postaci z westernów Sergio Leone.

Marka, którą można wykorzystać na wiele sposób

Grafika promująca serial "The Mandalorian", fot. Walt Disney Studios
Grafika promująca serial “The Mandalorian”, fot. Walt Disney Studios

Fakt, że Boba Fett zdobył fanów głównie za sprawą wyrazistego wyglądu, wpłynął na pewne decyzje podczas projektowania nowych odsłon sagi.

Jeszcze przed premierą “Epizodu VII: Przebudzenia Mocy” mówiono o tym, że postać zasługuje na własny film. Podczas seansu w oczy rzuca się natomiast Kapitan Phasma – superszturmowiec, dowodzący białymi legionami Nowego Porządku. Już samo wyłonienie z szeregu tej jednej postaci przypadło widzom do gustu, choć trudno tu mówić o fenomenie podobnym do szału na punkcie Fetta. Ten jednak także doczekał się swoistego powrotu… Nie we własnej osobie i nie w filmie, ale Disney znalazł sposób na kolejne nawiązanie do Mandalorianina.

12 listopada z wielką pompą uruchomiono platformę Disney+, której pojawienie się może wiele zmienić na rynku streamingowym. Z tej okazji przygotowano między innymi gwiezdnowojenną sagę w jakości 4K, ale też nową produkcję – “The Mandalorian”. Jak sama nazwa wskazuje, ośmioodcinkowy serial – co ważne, pierwszy aktorski spin-off serialowy “Gwiezdnych wojen” – opowiada o rodaku Boby. Po emisji pierwszego odcinka wielu zresztą sugerowało, jakoby mógł to być sam Boba Fett, ale to akurat nie jest możliwe. Pomijając nieścisłości fabularne, sami twórcy dość dokładnie umiejscowili czas akcji serialu na osi wydarzeń z głównych filmów uniwersum. Według Jona Favreau “The Mandalorian” rozgrywa się w trzydziestoletniej luce między “Epizodem VI: Powrotem Jedi” a “Epizodem VII: Przebudzeniem Mocy”.

Oczywiście widzimy charakterystyczną dla Mandalorian zbroję, choć nie tak wyrazistą, jak ta noszona przez Fetta, ale nie w tym rzecz. Bez wątpienia kieruje to skojarzenia na postać najlepszego łowcy głów w Galaktyce, ale też kreuje nową historię. Jak wiemy – Boba Fett (a tym bardziej Jango) już nie żył. Trudno zatem oczekiwać, by produkcja opowiedziała o Bobie. Może natomiast pokazać, że ten znalazł swojego duchowego następcę, lecz to już rozważania na zupełnie inny tekst. Ten serial to swoisty hołd dla jednej z najbardziej archetypicznych postaci “Gwiezdnych wojen”, ale nie tylko. To także ukłon w stronę fanów starej trylogii, którzy niekoniecznie ciepło przyjęli tę najnowszą. Trudno powiedzieć, czy w najbliższych tygodniach będziemy świadkami kreacji nowego mitu, ale z pewnością dla wielu będzie to namiastka opowieści, której nigdy mieli się nie doczekać. Rzecz o Mandalorianach i ich wojowniczym życiu, specyficznym kodeksie moralnym oraz trudnej historii.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Karl Lagerfeld zaprojektował… Vansy

Karl Lagerfeld dołączył do długiej listy uznanych projektantów mody, którzy podejmują współpracę...
Czytaj wiecej