“BoJack Horseman” – koniec pewnej epoki [Recenzja]

Kadr z finałowej części 6. sezonu serialu "BoJack Horseman", fot. Netflix
Kadr z finałowej części 6. sezonu serialu "BoJack Horseman", fot. Netflix
31 stycznia Raphael Bob-Waksberg po raz ostatni zabrał nas do Hollywoo, próbując zamknąć pootwierane w poprzednich pięciu sezonach wątki i doprowadzić historię tytułowego człowieka-konia do sensownego finału – czy mu się udało? Nie do końca, co... tylko potęguje przekaz tej skądinąd genialnej produkcji.

Jak w ogóle można polubić serial o pogrążonym we wszelkich możliwych nałogach aktorze, lata świetności mającym dawno za sobą, a na powierzchni utrzymującym się jedynie dzięki rezolutnej agentce i tantiemom za hitowy sitcom z lat 90.? Wielu z pewnością zadało sobie to pytanie. Zarówno sceptycy jeszcze przed obejrzeniem produkcji, jak i fani w chwili refleksji po kolejnych odcinkach zwyczajnie mieli prawo być zadziwieni. BoJack Horseman i jego świta mieli jednak coś, co w pełen sarkazmu sposób oswajało widza z obcym światem show-biznesu. Prztyczki wymierzane w nos prawdziwych koncernów, producentów czy gwiazd to jedynie wisienki na torcie. Serial potrafił bowiem bawić przez łzy, jednocześnie odzierając bajkowe wizje wielkiej kariery z jakichkolwiek złudzeń. “BoJack Horseman” dosadnie pokazywał coś, o czym mało kto pamięta, myśląc o celebrytach. Uświadamiał, że to zwykli ludzie ze zwykłymi problemami. A te problemy rozpoznawalność i bogactwo częściej potęgują, niż potrafią rozwiązać.

Co to ma być? Sezon crossoverowy?

Po tym, jak w 2014 roku depresyjne wizje Raphaela Boba-Waksberga na nietypową grafikę przelała Lisa Hanawalt, w świat animacji dla dorosłych tchnięte zostało nowe życie. Pierwszy sezon nie odsłaniał pełnego potencjału. Zaczynał jednak od mocnej sceny, która mówiła wszystko o tej produkcji – i to właśnie za takie bezpruderyjne momenty pokochałem ten serial. Kolejne odcinki wprowadzały postacie, zarysowywały ich życiorysy, plątały ścieżki obcych sobie osób, czyniąc je przyjaciółmi. Jak w życiu. Oderwany od rzeczywistości Todd, sympatyczny i niezbyt bystry Peanutbutter, depresyjna Diane czy próbująca wszystkich ogarnąć Princess Carolyn. No i wreszcie on – opryskliwy, autodestrukcyjny BoJack Horseman, który wbrew pozorom nieraz pozwalał widowni utożsamiać się ze swoimi dziwnymi problemami. Ich siłą była różnorodność i fakt, że – ponownie: jak w prawdziwym życiu – wszyscy wzajemnie wnosili coś do swoich egzystencji. Nawet powracająca w każdym sezonie jako tzw. running joke aktorka epizodyczna Margo Martindale.

Gdy jesienią dowiedzieliśmy się, że 6. sezon “BoJacka Horsemana” będzie naszym ostatnim spotkaniem z człowiekiem-koniem, większością świadomych widzów zapewne miotały sprzeczne uczucia. Z jednej strony losy ulubionych postaci chciałoby się oglądać w nieskończoność. Z drugiej jednak trzeba pamiętać, że nawet “Moda na sukces” kiedyś się skończy, a jeśli historia ma mieć jakikolwiek sens, lepiej doprowadzić serial do finału. Pech chciał, że w przypadku BoJacka decyzji tej nie podjęli twórcy, lecz sam Netflix, co niestety widać w finałowym sezonie. Poszczególne odcinki wyglądają momentami, jak gdyby posklejano je z niepasujących fragmentów, a rozwój wydarzeń nabiera tempa, jakiego nie miał na przestrzeni poprzednich pięciu sezonów. Mimo to finał wydaje się satysfakcjonujący.

Zatrzymałem się w miejscu, gdzie kończył się 3. sezon. BoJack Horseman chyba też

Finał 3. sezonu serialu "BoJack Horseman" pozostaje dla mnie momentem przełomowym (fot. Netflix)
Finał 3. sezonu serialu “BoJack Horseman” pozostaje dla mnie momentem przełomowym (fot. Netflix)

“BoJack Horseman” bawił mnie od początku, lecz na przywiązanie się do tak nietypowych – nie oszukujmy się: w większości trudnych – postaci potrzebowałem dłuższej chwili. Na przestrzeni kolejnych serii mój stosunek do nich zmieniał się, jednych lubiłem bardziej, inni zaczynali mnie nużyć, ale za moment przełomowy całego serialu uważam finał 3. sezonu. Próbujący uciec od problemów BoJack podziwia wolne, biegnące po amerykańskich bezdrożach mustangi. W tle zaś słyszymy “Stars” Niny Simone – tutaj właściwie można było tę historię zakończyć. Twórcy postanowili jednak kontynuować, zmieniając nieco sposób przedstawiania wydarzeń.

Scena z "Rozbrykanych" – sitcomu, który uczynił BoJacka gwiazdą telewizji (fot. Netflix)
Scena z “Rozbrykanych” – sitcomu, który uczynił BoJacka gwiazdą telewizji (fot. Netflix)

W tamtym momencie serial przestał skupiać się tak mocno na tytułowym bohaterze. Ciężar prowadzenia narracji rozdzielono wówczas na jego kompanów… I z perspektywy czasu widzę, że był to dobry ruch, choć zaburzył proporcje. Opowiadający o wyborach na gubernatora Kalifornii 4. sezon momentami nudził, a skupiona na miotającej się w swoim feminizmie Diane seria 5. wywracała do góry nogami rys tej, wydawać by się mogło – rozsądnej, postaci. BoJack natomiast zdobywał kolejne szczyty, by po chwili z nich spadać. Podnosił się, otrzepywał ubranie z kurzu i od nowa rozpoczynał walkę o wyjście na prostą. Tak samo jest w 6. sezonie, a jego pierwsza część i długotrwały pobyt na odwyku dają nadzieję, że w końcu mu się uda.

Droga do szczęścia prowadzi przez oczyszczenie?

Terapia początkiem nowego życia – tak sugerowała pierwsza połowa sezonu (fot. Netflix)
Terapia początkiem nowego życia – tak sugerowała pierwsza połowa sezonu (fot. Netflix)

Zaskakująco udany detoks jest dla BoJacka początkiem nowego życia. Człowiek-koń przestaje szukać spełnienia w zawodowych sukcesach; zaczyna uczęszczać na spotkania AA; a nawet próbuje swoich sił w zupełnie obcym świecie – jako wykładowca akademicki. Przed swym debiutem w nowej roli powtarza wymowne:

Aktorstwo to umiejętność zapomnienia o wszystkim i stania się kimś zupełnie nowym.

Praca z młodzieżą zdaje się go cieszyć, dawać namiastkę szczęścia, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Okazuje się, że nie tak łatwo uzyskać “rozgrzeszenie” za dawne błędy i stać się kimś zupełnie innym. Ostatnie osiem odcinków, które 31 stycznia trafiły do biblioteki Netflixa, to maraton zbiegów okoliczności, na nowo niszczących życie BoJacka. Raphael Bob-Waksberg nie zwykł decydować się na proste rozwiązania, ale w tym przypadku trochę przesadził z natłokiem zdarzeń…

Tracą na tym spójność i tempo, ale twórca ma okazję zabrać głos na temat trawiących realne Hollywood problemów z molestowaniem. I tu mamy ciekawy przykład wyważonej wypowiedzi, która ruch #MeToo traktuje z dystansem – pokazując, że nie zawsze ofiara jest ofiarą. Ten wątek nie jest zbyt mocny. Twórca ani współpracujący z nim scenarzyści nie próbują na siłę stawać po jednej czy drugiej stronie, uczulając na skutki zarówno niewłaściwych zachowań, jak i niesprawiedliwych oskarżeń. Za rozdmuchiwanie tematu odpowiada natomiast para najbardziej irytujących dziennikarzy śledczych w historii przemysłu filmowego. Mimo poważnego tonu ostatniego sezonu nie zabrakło tu więc odważnej krytyki show-biznesu, z której serial słynął.

BoJack Horseman, czyli co się dzieje z podstarzałymi gwiazdami, których lata świetności dawno minęły (fot. Netflix)
BoJack Horseman, czyli co się dzieje z podstarzałymi gwiazdami, których lata świetności dawno minęły (fot. Netflix)

Nie wiem, czy Amerykanie mają swojego Benedykta Chmielowskiego, który ukułby dla nich powiedzonko podobne do “koń jaki jest, każdy widzi”, ale w jakimś sensie BoJack Horseman mocno tę tezę uosabia. Zapewne przypadkowo trafiło tu na konia, ale motyw przewodni serialu stanowi przecież chęć przemiany, blokowanej przez brak akceptacji własnego ja. Nie chodzi nawet o głównego bohatera, ale o każdą z postaci – choć oczywiście w przypadku BoJacka przykład ten jest najjaskrawszy.

Właściwym finałem równie dobrze można by uczynić przedostatni, oniryczny odcinek, w którym wszechobecne w serialu retrospektywy nabierają nowego znaczenia. BoJack już nie cofa się myślami do różnych wydarzeń. Tym razem “spotyka” martwych znajomych, co w jakimś sensie uświadamia mu, że nie zawsze walka z rzeczywistością ma sens. W kolejnym odcinku przeskakujemy natomiast spory fragment jego życia, by zobaczyć, jak domykane są losy jego przyjaciół. Albo dawnych przyjaciół, co też przecież mocno tkwi w ludzkiej naturze – z czasem więzi się zacierają…

To zakończenie może wydać się nijakie, co Raphael Bob-Waksberg z pewnością długo analizował. Pójście w skrajności, jakimi byłyby ostateczne rozwiązania lub happy end, nie usatysfakcjonowałyby chyba jednak nikogo. Zamiast tego otrzymaliśmy więc trochę niedopowiedzeń, ale i doskonałe podsumowanie tak serialu, jak i ludzkiej egzystencji. Całość świetnie podsumowuje wypowiedziane w finale przez jedną z postaci: “życie jest dzi*ką, a potem umierasz”. Czy trzeba dodawać coś więcej?

Finałowa scena – Diane i BoJack rozmawiają o życiu... (fot. Netflix)
Finałowa scena – Diane i BoJack rozmawiają o życiu… (fot. Netflix)
Autor artykułu
More from Damian Halik

Ed Sheeran pozwany (znowu). Zapłaci 100 milionów dolarów?

Ed Sheeran stanie przed sądem... Znowu! Powraca sprawa dotycząca podobieństw między jednym...
Czytaj wiecej