Branża porno traci przez pandemię, ale…

Fot. StockSnap/Pixabay
Fot. StockSnap/Pixabay
Internet i coraz to nowsze pomysły na funkcjonowanie w cyberprzestrzeni to od lat zmora przemysłu pornograficznego – z jednej strony to właśnie internauci generują zdecydowaną większość przychodu pornobiznesu przez wielkie P, z drugiej zaś w sieci stale rośnie amatorska konkurencja dla firm produkujących filmy dla dorosłych. Koronawirus tylko tę sytuację pogorszył.

Z czysto etycznego punktu widzenia zapewne wiele osób nie dostrzeże niczego złego w pogarszającej się sytuacji pornobiznesu. W praktyce jednak to działalność gospodarcza jak wiele innych, niewiele zresztą odbiegająca w swej konstrukcji od przemysłu filmowego czy telewizyjnego. Co więcej, na podstawie statystyk trudno nie stwierdzić, że to istotny społecznie element – nie bójmy się tego słowa – kultury. Internet doskwiera więc producentom porno nie mniej niż klasycznym studiom filmowym, choć trzeba im oddać, że próbują nadążać za trendami. Profesjonalny sprzęt, otwartość na nowe technologie czy wreszcie prawdziwe gwiazdy zdają się jednak ustępować miejsca nowym trendom. Czy obecny kryzys sprawi, że branża porno w swej klasycznej formie upadnie? Tego nie wiem, ale z pewnością pandemia jest dla niej kolejnym, mocnym ciosem.

Klasyczne produkcje filmowe w pornobiznesie od dłuższego czasu zdają się być w odwrocie. Dywersyfikacja, ciągła gonitwa za gustami widowni i nowymi trendami tylko odwlekają nieuniknione. Ale czy można dziwić się przedstawicielom największych studiów, że bronią swojego bastionu? Według statystyk aż 70% mężczyzn między 18 a 24 rokiem życia odwiedza strony z pornografią przynajmniej raz w miesiącu… A nie są nawet największą grupą konsumentów! To miano przypada bowiem mężczyznom z grupy wiekowej 35-49. Jedną trzecią widowni stanowią natomiast kobiety. Efekt? Olbrzymi ruch w internecie. Dość powiedzieć, że co czwarta fraza wpisywana w wyszukiwarki internetowe jest powiązana z seksem! Z kolei około 35% wszystkich ściągany z sieci treści stanowi pornografia. Wszystko to przekłada się na globalną wartość przemysłu pornograficznego oscylującą wokół 100 miliardów dolarów.

Nie ma filmów, nie ma pieniędzy

Johnny Sins – jedna z największych gwiazd współczesnej branży porno, fot. Brazzers
Johnny Sins – jedna z największych gwiazd współczesnej branży porno, fot. Brazzers

Wszystko to brzmi dość pozytywnie (patrząc z perspektywy studiów filmowych), ale diabeł tkwi oczywiście w szczegółach. Trzeba było lat, by największe studia, niegdyś żyjące z VHS-ów (później DVD) i produkcji emitowanych w podrzędnych stacjach telewizyjnych, przebiły się w internecie. Ich treści oczywiście tam były, ale jak wiadomo, trudno zarobić na czymś, co jest ogólnodostępne. Między innymi dlatego rynek dość drastycznie się skurczył, pozostawiając tylko kilku największych graczy. Branża porno to właściwie tylko oni, podczas gdy nie sposób zapomnieć o coraz częstszym robieniu w sieci karier na miarę gwiazd przez amatorów. Rozpowszechnienie internetu zmieniło wszystko w tej branży. To miecz obosieczny, przed którym z trudem, ale jednak próbowano się bronić. Globalna pandemia okazała się natomiast o wiele groźniejsza.

Free Speech Coalition, organizacja reprezentująca całą branżę w Ameryce Północnej, już 15 marca wezwała do wstrzymania produkcji. Podobne głosy pojawiły się też w innych krajach – w ten oto sposób branża porno zamarła (jak wiele innych). To zresztą dość sensowne, biorąc pod uwagę, że podczas kręcenia filmów dla dorosłych trudno o dystans. Sęk w tym, że pandemia się przedłuża, a to powód także do odwoływania branżowych imprez czy spotkań z fanami… Chyba że aktorzy i aktorki postanowili pracować jako freelancerzy – wtedy mają ręce pełne roboty i stały przypływ gotówki.

Powszechny internet + pandemia = branża porno w tarapatach

Procentowy wzrost ruchu na Pornhubie względem przeciętnego dnia przed pandemią, fot. Pornhub Insights
Procentowy wzrost ruchu na Pornhubie na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy względem przeciętnego dnia przed pandemią, fot. Pornhub Insights

Nietrudno się domyślić, jak konsumenci zareagowali na konieczność zostania w domach na kilka tygodni. Ci, którzy mogli, po prostu korzystali z uroków internetu – Pornhub i jemu podobne strony odnotowały gwałtowny wzrost ruchu. Większym dramatem było zamknięcie w czterech ścianach dla osób, które mieszkają z rodziną – ale nie o nich dziś mowa. Konsumenci są tu bowiem najmniej istotnym elementem, a na pandemii zdają się zyskiwać nowe portale oraz freelancerzy. Amatorskie porno od zawsze cieszyło się sporą popularnością, a w dobie powszechnego internetu przybrało też formę transmisji online prowadzonych przez osoby wcześniej z branżą niezwiązane. To ciekawe, może nieco przygnębiające, ale przede wszystkim intrygujące, jak łatwe wydaje się dziś zostanie gwiazdą porno – bez słynnej czarnej kanapy, często nawet bez udziału osób trzecich.

Wracając do Pornhuba, serwis podzielił się ciekawymi statystykami. W ostatnim czasie wzrost ruch w serwisie przekraczał nawet 23% względem średniego ruchu przed pandemią. Co jednak ciekawsze, poziom dziennej transmisji danych na serwery zwiększył się aż o 30%. Oznacza to tyle, że użytkownicy portalu coraz chętniej dzielą się swoimi filmami, nie tylko je oglądają… A to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Strony pokroju Pornhuba są bowiem w jakimś stopniu spadkobiercami największych branżowych potentatów, tymczasem nowe trendy odbijają się nie tylko na twórcach, ale i dystrybutorach treści.

Branża porno staje się elementem kultury

Fot. Saulius Rozanas/Pixabay
Fot. Saulius Rozanas/Pixabay

Zmiany, o których mowa, mają charakter globalny i w gruncie rzeczy nie ma w nich niczego złego. Nie jest przecież tak, że społeczeństwo zatraca hamulce i coraz chętniej rozbiera się przed kamerami, by pokazać się światu. Nawet jeśli widzimy ewidentny wzrost liczby tego typu treści, to tylko następstwo dostępu do smartfonów, kamerek internetowych i szerokopasmowego internetu. Podaż tego typu treści jest zresztą następstwem olbrzymiego popytu, co przecież też nie zmieniło się nagle, a trwa właściwie od dekad. Faktem jest jednak to, że na naszych oczach branża porno przeżywa rozłam. Jej faktyczni przedstawiciele – profesjonalne studia – oraz od lat we własnym zakresie naśladujący ten klasyczny tryb tworzenia filmów pornograficznych półamatorzy dziś tracą na znaczeniu. Na fali wznoszącej znaleźli się natomiast streamerzy budujący relacje z widownią, nie tylko odgrywające scenki erotyczne.

Młode osoby, które postanawiają zarabiać na tym, co dała im natura, idą w ślady YouTuberów i streamerów z Twitcha. To następstwo pojawiania się coraz to nowszych serwisów, które bazują na trendach i oferują możliwości zarabiania podczas transmisji. W ramach własnej wolności każdy może dziś robić to, co mu się żywnie podoba, zgarniając przy okazji niemałe pieniądze. Ba, gwiazdy porno nowej generacji (choć ten tytuł to już raczej przeżytek) mają nawet możliwość finansowania swojej działalności w ramach licznych serwisów crowdfundingowych, co jest kolejnym, zdobywającym popularność trendem. Ten przewrót to następstwa globalizacji, ale też zmian społecznych – choć nie tych, o których większość pomyślałaby w pierwszej kolejności.

W świecie, który daje nam coraz więcej możliwości, jednocześnie odbierając nam czas, by z nich korzystać, takie podejście zdaje się… zdroworozsądkowe. Namiastka bliskości w postaci kilku miłych słów od osoby po drugiej stronie kamerki to smutny, ale dla wielu jedyny sposób interakcji z drugim człowiekiem. A że w ramach wdzięczności przelewa się na czyjeś konto drobne sumki… Brzmi to fatalnie, ale nie mnie oceniać jednych czy drugich. To ich wybór, więc najważniejsze, że obie strony są zadowolone.

Fot. Stokpic/Pixabay
Fot. Stokpic/Pixabay

I tak dochodzimy do meritum. Branża porno w klasycznej formie nie traci bowiem przez konkurencję, a przez odmienne potrzeby współczesnej widowni. Spersonalizowanie treści nie od dziś uznawane są za bardziej skuteczne w marketingu. A gdy w grę wchodzi prawdziwa relacja (nawet jeśli jest tylko udawana), całość nabiera bardziej osobistego charakteru. To coś, czego twórcom pornograficznej kinematografii nie uda się w żaden sposób osiągnąć, pozostaje więc zaklinanie rzeczywistości. Już teraz pojawiają się głosy, że zwiększone zainteresowanie streamingiem to jedynie odreagowanie braku fizycznego kontaktu w rzeczywistości. Sprawa wydaje się jednak znacznie poważniejsza, a pandemia mogła jedynie przyspieszyć nadejście nieuniknionego. Branża porno – w klasycznym ujęciu – nie chce jednak przyjąć takiej możliwości.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Muzeum na receptę? Kanada znów zaskakuje!

Badanie naukowe pokazują, że podziwianie dzieł sztuki pozytywnie wpływa na stan ludzkiej...
Czytaj wiecej