“Czarnobyl 1986” – po prostu katastrofa [Recenzja]

Czarnobyl 1986, Daniła Kozłowski, Non-Stop Productions, Netflix
Kadr z filmu "Czarnobyl 1986" (reż. Daniła Kozłowski, 2021), fot. Non-Stop Productions/Netflix
Pamięć o wydarzeniach z 26 kwietnia 1986 roku jest silna zwłaszcza w Europie Wschodniej, lecz za sprawą popkultury o losie mieszkańców Prypeci i okolic dowiedział się cały świat. Okazuje się jednak, że można do tematu podejść inaczej i przez dwie godziny... nie opowiedzieć niczego.

To już ponad dwa lata odkąd oburzeni propagandą Zachodu Rosjanie – na czele z Władimirem Putinem – zapowiadali nakręcenie filmu o prawdziwych wydarzeniach w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Wyemitowany przez HBO “Czarnobyl” napsuł im sporo krwi, przypominając o jednej z największych porażek ZSRR. Nic więc dziwnego, że do akcji wkroczyło m.in. Ministerstwo Kultury Federacji Rosyjskiej, finansując nowy film o katastrofie. Jeśli jednak liczyliście, że to właśnie “Czarnobyl 1986” będzie ocierającym się o absurd, katastroficznym guilty pleasure, po seansie poczujecie się mocno rozczarowani. Zresztą, nawet jeśli nie znaliście politycznego kontekstu – rozczarowanie i tak jest bardzo prawdopodobne.

Film Daniły Kozłowskiego nie jest propagandową laurką dla Związku Radzieckiego; nie zrzuca też winy za katastrofę na amerykańskich sabotażystów (na co osobiście mocno liczyłem). Nie to, żeby obyło się od zabiegów rozgrzeszających radzieckich decydentów. “Czarnobyl 1986” robi jednak coś o wiele gorszego – opowiada o niczym i to w sposób skrajnie przerysowany. Katastrofa jest tu jedynie tłem i przyczynkiem do budowy mitu jednostki. Twórców bardziej jednak interesuje rozwój miłosnej intrygi, w której nie do końca wiadomo, o co chodzi.

Miłość w blasku opadu radioaktywnego

Oksana Akińszyna, Daniła Kozłowski, Non-Stop Productions, Netflix
Jedno ze spotkań Olgi (Oksana Akińszyna) i Aleksieja (Daniła Kozłowski) już po katastrofie, fot. Non-Stop Productions/Netflix

Akcja filmu rozpoczyna się w salonie fryzjerskim, w którym pracuje Olga Sawostina (Oksana Akińszyna). Zakład na kilka dni przed corocznym pochodem pierwszomajowym odwiedziła grupa strażaków, wśród których kobieta wypatrzyła znajomą twarz. Na początku nie wiemy, dlaczego widok Aleksieja Karpuszina (Daniła Kozłowski, reżyser filmu) sprawił, że kobieta jak najszybciej chce opuścić miejsce pracy. Ostatecznie jednak dochodzi do ich spotkania, a fakty szybko zaczynają układać się w całość. Przed dekadą Olga i Aleksiej byli parą – rozstali się jednak bez słowa. Ponowne spotkanie staje się natomiast okazją, by raz jeszcze ożywić dawne uczucie. Czasu jest jednak niewiele – mężczyzna niebawem opuści Prypeć i rozpocznie nowe życie w Kijowie.

Tu należałoby wspomnieć, że to właśnie te pierwsze sceny najlepiej przybliżają życie za Żelazną kurtyną w latach 80. Włożono sporo pracy w odwzorowanie tamtejszych realiów. Dowodzi to jednak, że świetna scenografia nie wystarczy, by nadać sens kiepskiej fabule.

Historię obserwujemy z perspektywy Loszy – mężczyzna zdaje się mocno rozchwiany; niepewny tego, czy jest w stanie ułożyć sobie życie z Olgą. Bohater co rusz chwalony jest za zawadiacki, buntowniczy charakter, jednocześnie nieustannie uciekając od odpowiedzialności. Wraca, po czym znika – i tak kilkukrotnie. I choć jestem w stanie zrozumieć chęć udramatyzowania tej burzliwej relacji, brakuje mi w niej… sensu. Nie chodzi o aktorstwo, bo akurat Akińszynie i Kozłowskiemu dobrze wychodzi odegranie swoich ról. Problemem jest raczej scenariusz i fakt, że nawet te dwie główne postaci zostały słabo zarysowane. Bohaterowie drugiego planu, choć także momentami zagrani niezmiernie dramatycznie, na tle Olgi i Loszy zdają się natomiast tekturowymi wypełniaczami tła.

“Czarnobyl 1986” zdradza rosyjski kompleks

Daniła Kozłowski, Non-Stop Productions
Daniła Kozłowski podczas kręcenia jednej ze scen w centrum zarządzania kryzysowego, fot. Non-Stop Productions

Rosjanie przez dekady jak ognia unikali tematu katastrofy w Czarnobylu. Dla spadkobierców Związku Radzieckiego to trudna sprawa, nie są bowiem w stanie przekuć tych wydarzeń w propagandę sukcesu. Nic więc dziwnego, że tak na dobrą sprawę po raz pierwszy uczczono pamięć bohaterów z 1986 roku w… 2011 roku. Moskiewski “The Times” w 2019 roku wytłumaczył postawę władz – otóż wydarzenia, które nie wpasowują się w budowanie mitu o wielkości państwa, nie są powodem do świętowania; wręcz przeciwnie – lepiej dla władzy, by pamięć o nich przygasła.

Kiedy jednak w 2019 roku za sprawą “Czarnobyla” zrealizowanego przez HBO i telewizję Sky wywołano ich do tablicy, postanowili odpowiedzieć. Nie jestem tylko pewien, czy my – widzowie – chcemy w tym przedstawieniu uczestniczyć. Po niezwykłym zainteresowaniu, jakie wśród widowni wzbudził wspomniany serial, Rosjanie odgrażali się, że odpowiedzą na tę propagandę Zachodu i ukażą prawdziwe oblicze wydarzeń z 1986. Mowa między innymi o sabotażu, jakiego mieli się dopuścić agenci amerykańskiego wywiadu.

Coś jednak poszło nie tak, bo “Czarnobyl 1986” zdecydowanie nie jest zapowiadanym tytułem…. Może ktoś poszedł po rozum do głowy i odpuścił naciski na niedorzeczny wątek amerykański. Ten jednak, co tylko podkreśla absurd sytuacji, mógłby Rosjanom pomóc w zbudowaniu niebanalnej (choć fikcyjnej) opowieści. Ostatecznie wyszło natomiast dość żałośnie – film Kozłowskiego w jakimś sensie zamerykanizowano, ale w najgorszy z możliwych sposobów.

Wódeczka i dziewczynki to droga do nieśmiertelności?

Daniła Kozłowski, Charnobyl 1986, Non-Stop Productions, Netflix
Niezniszczalny Losza, fot. Non-Stop Productions/Netflix

Postać niepokornego Loszy od początku budowana jest na tytana radzieckiego ludu pracującego. Nawet mimo niewyparzonej gęby i buntowniczej natury zawsze wykonuje swoją pracę. Jak na stereotypowego przedstawiciela klasy robotniczej przystało, nie stroni też od wódki i kobiet – te podczas pożegnalnej imprezy wypomina mu jeden z kolegów. Do tego jednak ponad wszystko kocha swoją odnalezioną po dekadzie, młodzieńczą miłość. A że zawodzi, nie dotrzymuje słowa, upija się? Idealnie – scena będzie bardziej dramatyczna.

Poza przerysowaniem nie byłoby w Aleksieju niczego złego, gdyby nie to, co wyprawiał w elektrowni. Okazuje się bowiem, że strażak jest prawdziwym tytanem – i to na wzór iście amerykański. W sytuacji zagrożenia tylko on może uratować kolegów, tylko on może otworzyć zawór, dzięki czemu uda się uniknąć olbrzymiej eksplozji w elektrowni. Tam, gdzie zwykły człowiek mógł przebywać piętnaście sekund, Losza chodzi w tę i nazad, co najwyżej na chwilę odwiedzając szpital, by po szybkiej rekonwalescencji wrócić i znów ratować świat.

Nie chodzi przecież o to, by fabularyzować film dokumentalny…

Daniła Kozłowski, Charnobyl 1986, Non-Stop Productions, Netflix
Kadr z filmu “Czarnobyl 1986”, fot. Non-Stop Productions/Netflix

Jeśli ten opis nie jest wystarczająco zniechęcający do seansu, to pragnę zaznaczyć, że to zaledwie jeden – najbardziej rzucający się w oczy – z absurdów tego filmu. Dość przypadkowo taka konstrukcja fabuły ma pewne sensowne uzasadnienie. Chaos, który oglądamy przez ponad dwie godziny, to relacja z perspektywy prostego strażaka. Człowieka, którego wysłano do Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej na pewną śmierć, choć ten nie ma zielonego pojęcia o tym, co się dzieje. Nic jednak nie tłumaczy jego nadludzkiej wytrzymałości. Uderza też oderwanie historii od tego, co wiemy o katastrofie.

Przeinaczenia historii w taki sposób, by nadać odpowiednią dynamikę i uatrakcyjnić seans widowni, są czymś naturalnym. Nie obył się bez nich także “Czarnobyl” od HBO, choć tam przynajmniej próbowano w uproszczony sposób wyjaśnić, co wydarzyło się 26 kwietnia 1986 roku. “Czarnobyl 1986” nie opowiada natomiast o niczym – katastrofa jest tłem; twórcy filmu nawet tego nie ukrywają; krytyka radzieckich władz przybiera zaś iście kabaretowy wydźwięk – ostatecznie nawet czarne charaktery mają serce. Pozostaje więc pytanie, czy chociaż wątek miłosny ratuje tę produkcję…

Gdybym miał odpowiedzieć krótko, rzuciłbym najszybsze na świecie nie. Nie chcę jednak pozostawiać was z tą pustką, dlatego zarówno osoby, które lubują się w katastroficznych historiach miłosnych, jak i te, które interesuje tematyka czarnobylska, odesłałbym raczej do “Znieważonej ziemi”. Film Michale Boganim z 2011 nie jest tytułem wybitnym, zwłaszcza że mówimy o autorce nagradzanej w Cannes czy Berlinie. Doskonale jednak pokazuje wydarzenia z perspektywy zwykłego mieszkańca Prypeci – takiego z krwi i kości, a nie z tektury.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Eleven Madison Park wraca i szuka pracowników!

Choć trwają szczepienia przeciw COVID-19, pandemiczna sytuacja na świecie wciąż zdaje się...
Czytaj wiecej