“Człowiek, który zabił Don Kichota”

Czy słysząc nazwisko Don Kichot, myślicie o pechu? Jeśli nie, to chyba powinniście zacząć.

Opowieść o Don Kichocie z La Manchy, błędnym rycerzu walczącym z wiatrakami, pióra Miguela de Cervantesa, to jeden z klasyków światowej literatury. Wiele lat temu na język filmu postanowił przenieść ją Terry Gilliam. Udało mu się to dopiero po niemal 30 latach.

Dlaczego tak długo? Produkcja tego obrazu ma szansę stać podręcznikowym przykładem ogromnego pecha przy tworzeniu filmu. Podejrzewano nawet, że nad przedsięwzięciem Gilliama może ciążyć swego rodzaju klątwa.
Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia Terry Gilliam przeczytał dzieło Cervantesa, szybko doszedł do wniosku, że warto byłoby nakręcić film na jego podstawie. Jednak wciąż coś nie szło po jego myśli; najpierw miał za mały budżet, później ktoś inny postanowił nakręcić podobny film. Gdy tamten projekt upadł, Gilliam postanowił wznowić swój. Ale losowi wciąż było nie po drodze z planami reżysera. Aktorzy, których brał pod uwagę jako odtwórców głównej roli albo nie byli już dostępni, albo opuścili już nasz świat. Dopiero niedawno produkcja miała szansę ruszyć. Współtwórca”Latajacego cyrku” ucieszył się, bo po latach niepowodzeń chciał mieć ten projekt już za sobą i się od niego uwolnić.

“Człowiek, który zabił Don Kichota”, dyst. Gutek Film

“Człowiek, który zabił Don Kichota”, to historia młodego reżysera, który ma już ugruntowaną pozycję w świecie reklamy. Wraz z ekipą przebywa w Hiszpanii kręcąc reklamę, która opiera się na historii Don Kichota z La Manchy. Los chciał, że zdjęcia odbywają się w okolicy miejsca, gdzie nasz bohater wiele lat wcześniej kręcił swoją studencką etiudę, również poświęconą słynnemu błędnemu rycerzowi. Od tej pory zacznie się jego balansowanie między jawą, a snem i psychodeliczna historia o poszukiwaniu siebie.

W role główne wcielają się w filmie Adam Driver oraz Jonathan Pryce, ale na ekranie pojawiają się również takie nazwiska jak Stellan Skarsgård, czy Olga Kurylenko. To właśnie aktorstwo jest najmocniejszą stroną filmu. Driver i Pryce momentami wspinają się na wyżyny swoich możliwości i są tym, co ciągnie wszystko dalej. Ten pierwszy idealnie oddaje stan zmieszania i zagubienia w tym, co jest prawdą, a co nie. Drugi popisowo obrazuje szaleństwo, które tak naprawdę nie jest prawdziwsze niż to, co jest „prawdziwe“. Czyżby był on faktycznie Don Kichotem?

“Człowiek, który zabił Don Kichota”, dyst. Gutek Film

Niestety, na tym kończą się plusy produkcji. Choć sama oprawa audiowizualna nie różni się zbytnio od tego, do czego przyzwyczaił nas już Terry Gilliam, to zbyt wiele tu wtórności i za mało oryginalności. Mam również wrażenie, że sam scenariusz chwilami napisany był „na kolanie“ i twórca pogubił się w tym, co chciał nam przekazać. Całość jest zatem sinusoidą doskonałości i lekkiego kiczu.

“Człowiek, który zabił Don Kichota” powstawał niemal 30 lat. Mam wrażenie, że przez tyle czasu można było lepiej dopracować scenariusz, który w połączeniu z bardzo dobrą grą aktorską dałby film, który z miejsca by się obronił i z czasem stał się niemal tak kultowy, jak pierwowzór. Dlaczego tak się nie stało? Nie wiem. Terry Gilliam niczym Don Kichot podjął walkę z wiatrakami. W jego przypadku były to nieszczęśliwe wydarzenia, uniemożliwiające realizację projektu. Z pozoru z nimi wygrał, ale chyba nie do końca z takim skutkiem, z jakim by chciał. Na szczęście całość ma już za sobą i może zająć się kolejnymi filmami. Premierą najnowszego oficjalnie zabił Don Kichota, który przestał go już dręczyć.

 

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

“Disaster Artist” — czy jest aż tak tragiczny?

"Najgorszy film świata" — tym mianem określa się "The Room" w reżyserii...
Czytaj wiecej