Czy jeszcze pójdziemy do kina?

Puste kina i teatry, Donald Tong, Pexels
Fot. Donald Tong/Pexels
Zadaję sobie to pytanie od kilku, a właściwie kilkunastu miesięcy. Do marca 2020 roku kino było dla mnie drugim domem, w którym spędzałem większość wolnego czasu. Odkąd je zamknięto, czuję się jak osoba na wygnaniu, która nie może wrócić do miejsca, gdzie czuje się najlepiej.

Wszyscy dobrze wiemy, że COVID-19 i związana z nim pandemia pokrzyżowały plany właściwie w każdej dziedzinie naszego życia. Naprawdę trudno znaleźć elementy, które wyglądałyby tak samo, jak na początku zeszłego roku. Zmienił się między innymi sposób naszego obcowania z kulturą. Przestaliśmy chodzić do muzeów, teatru i oczywiście kina. Dziesiątki wyczekiwanych premier przeniesiono na platformy streamingowe lub przełożono w czasie – bliżej nieokreślonym.

Zamknięte kina

Czarna Wdowa, Cate Shortland, Marvel Studios
Kadr z filmu “Czarna Wdowa” (reż. Cate Shortland, 2021), fot. Marvel Studios

Pamiętam, jak na początku marca 2020 ruszyła przedsprzedaż biletów na najnowszą odsłonę przygód Jamesa Bonda. Premiera “Nie czas umierać” miała mieć miejsce w kwietniu. Rano zakupiłem bilety…. A wieczorem w świat poszła informacja, że ze względu na pandemię premierę przesunięto na jesień. Tydzień później zamknięto natomiast kina w Polsce. Wtedy jeszcze wszyscy mieliśmy nadzieję, że potrwa to zaledwie chwilę, ale jak się okazało, rzeczywistość szykowała inny scenariusz. Kolejne tytuły były przesuwane o miesiące, a niektóre nawet o rok. Nie zwiastowało to niczego dobrego.

Latem, na chwilę, kina zostały otwarte. Niestety nie sprawiło to, że tłumnie pojawili się w nich widzowie. Dlaczego? W zasadzie nie było repertuaru. Pamiętajmy, że najwięcej osób udaje się na sale kinowe do multipleksów, a te przyciągają głównie tymi dużymi i najgłośniejszymi tytułami. W momencie, w którym studia poprzesuwały swoje premiery, dystrybutorzy nie posiadali w swoich zasobach filmów, które faktycznie mogłyby zainteresować – i co najważniejsze – zachęcić ludzi do wizyty w kinie, podczas wciąż trwającej pandemii. Sam skusiłem się w tym czasie tylko na jedno wyjście na seans. Był to najnowszy film Christophera Nolana pt. “TENET”. Po tej wizycie nie byłem w kinie jeszcze przez długie miesiące.

Niedługo kina ponownie zamknięto, by wkrótce znów je otworzyć. Tym razem jednak sieci multipleksów postanowiły pozostać zamknięte i poczekać na rozwój wydarzeń. Widzowie mieli więc dostęp tylko do kin studyjnych. Osobiście mnie to nie zdziwiło. Duże kina muszą wdrożyć o wiele więcej procedur, by sprostać wszystkim wymaganiom sanitarnym. To zaś wiąże się z wysokimi kosztami, które niekoniecznie się zwrócą – np. jeśli frekwencja jednak nie dopisze. Studyjniaki często mają jedynie kilka sal, dzięki czemu przystosowanie ich jest nieco łatwiejsze. Takie kina jak Cinema City, Multikino czy Helios do dziś pozostają nieczynne.

Alternatywy

Godzilla i King Kong nie poszli do kina, Godzilla vs. Kong, Adam Wingard, Legendary Pictures, Warner Bros.
“Godzilla vs. Kong” (reż. Adam Wingard, 2021), fot. Legendary Pictures/Warner Bros.

W ostatnich miesiącach niektóre studia postawiły na dystrybucję hybrydową (jednocześnie kina + streaming) lub całkowicie przeniosły się do sieci. Tak jest np. w przypadku Warner Bros., którego filmy w USA pojawiają się w kinie i na HBO Max, a w Polsce niektóre z nich trafiają na HBO Go. Inni swoje premiery zamieszczają od razu w serwisach VOD. Są jednak i tacy, którzy przenoszą je na kolejne miesiące z nadzieją, że kina w końcu się otworzą, a cała sytuacja zacznie się normować.

Powiem szczerze, że bardzo tęsknię za kinem. Zawsze wiązało się ono z pewnym rytuałem, ale też sam odbiór filmu na sali kinowej był inny niż w domu. Miniony rok jednak nieco mnie przyzwyczaił do oglądania nowości z poziomu własnej kanapy. Nie jest to ani lepsze, ani gorsze – po prostu inne. Martwi mnie tylko to, że w kraju nad Wisłą nie wszyscy dystrybutorzy decydują się na wypuszczanie swoich filmów online. Niby kina to większy zysk, ale w sytuacji, kiedy nie wiadomo, czy i kiedy zostaną one w pełni otwarte, lepiej chyba zarobić mniej, niż nie zarobić wcale? Zwłaszcza że niektóre tytuły, które zamiast do kin trafiły na platformy streamingowe, całkiem nieźle sobie radzą.

Co dalej?

West Side Story, Steven Spielberg, Amblin Entertainment
“West Side Story” (reż. Steven Spielberg, 2020), fot. Amblin Entertainment

Powyższe martwi mnie szczególnie teraz, gdy wielkimi krokami zbliżamy się do rozdania tegorocznych Oscarów. Zawsze stawiam sobie za cel, by jeszcze przed galą obejrzeć jak najwięcej nominowanych filmów. Nawet w normalnych czasach nie było to możliwe w 100%. Niektórzy dystrybutorzy czekali bowiem na informację, ile dany film otrzyma statuetek, co wykorzystywali w kampanii marketingowej, by ściągnąć więcej widzów przed ekrany. Teraz nie dość, że nie możemy obejrzeć filmów wcześniej, to nawet po samych Oscarach może to być niemożliwe. Wydawać by się mogło, że w 2021 roku, kiedy mamy dostęp do wielu platform online, a filmy premierowe się tam pojawiają, powinniśmy mieć łatwy i legalny dostęp do upragnionych tytułów. Niestety tak nie jest.

Co nas czeka w najbliższej przyszłości? Obawiam się, że ten rok pozostanie dla kin taki sam jak miniony. Dopóki pandemia nie zacznie przygasać, nie będziemy mieć dużej liczby zaszczepionych pacjentów i ludzie nie zaczną czuć się w pełni bezpiecznie, raczej nie ma co liczyć na to, że wrócimy do stanu sprzed marca 2020 roku. Pytanie tylko, czy jak już do tego etapu dojdziemy, to kina będą jeszcze funkcjonować? Paradoksalnie mniej obawiam się o kina studyjne, ponieważ te – w większym lub mniejszym stopniu – funkcjonują. Mają też swoje stałe grono odbiorców i większość z nich to wszystko przetrwa. Jak jednak będzie z multipleksami? Tutaj sytuacja może być znacznie mniej optymistyczna.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Aaron Sorkin – mistrz scenariuszy powraca

Gdyby ktoś mnie teraz zapytał, kogo najbardziej w Hollywood cenię za pisanie,...
Czytaj wiecej