Czy miasta piętnastominutowe mają rację bytu?

Rowerzyści i pieszy, Kopenhaga, Febiyan, Unsplash
Rowerzyści i pieszy w Kopenhadze, fot. Febiyan/Unsplash
Ludzie wracają do miast – a może nigdy tak na dobrą sprawę nie chcieli ich opuścić? Najczarniejsze scenariusze dotyczące zmian w strukturze zamieszkania, które pandemia miała jeszcze zintensyfikować, najwidoczniej się nie sprawdziły, ale nie musi to oznaczać niczego dobrego.

Kolejne fale pandemii, choć wciąż boleśnie, to jednak coraz lżej kołyszą naszą cywilizacyjną łódką. Ci, którzy mieli taką wolę – zaszczepili się. Ci, którzy są przeciwni, w krajach zarządzanych przez racjonalnych polityków najpewniej poniosą konsekwencje własnych decyzji. W końcu wolność – o czym wielu zapomina – działa w dwie strony: do i od, pozwalając nam na robienie, co chcemy, ale i obdarowując nas efektami naszych decyzji (niekoniecznie pozytywnymi). Rzeczą, która w popandemicznym świecie odczujemy wszyscy, okażą się natomiast zmiany na pierwszy rzut oka niezauważalne. To zmiany u podstaw pewnych zachowań, które zredefiniują otaczającą nas rzeczywistość. Nie ma bowiem przypadku w tym, że to właśnie w trakcie pandemii olbrzymią popularność zaczęły zdobywać idee niemalże rewolucyjne jak choćby miasta piętnastominutowe Carlosa Moreno.

Największy wygrany popandemicznej refleksji

Carlos Moreno, Henrik Frode Obel Foundation
Carlos Moreno, fot. Henrik Frode Obel Foundation

To już niemal dwa lata, odkąd pandemia zmieniła nasze życia – na wielu płaszczyznach i w rozmaite sposoby. Jedną z ostatnich rzeczy, o jakich Kowalski myślał w tym czasie, były jednak zmiany urbanistyczne, jakie zachodzą w jego otoczeniu. Te natomiast zajść i tak miały, ale wybuch pandemii zdecydowanie je przyspieszył… Zwłaszcza w początkowej fazie walki z COVID-19 zauważalny był odpływ ludności napływowej, która w większych miastach kształciła się i rozwijała zawodowo. Gdy przyszło im studiować i pracować zdalnie, nie było sensu opłacać wysokich czynszów, kiedy mogli wrócić w rodzinne strony lub przenieść się poza centra miast, oszczędzając na wynajmie.

Jednym z najaktywniej promowanych efektów wytężonej myśli urbanistycznej w ostatnich miesiącach są natomiast miasta piętnastominutowe. Nie, żeby profesor Carlos Moreno – uznany francuski wykładowca akademicki – proponował coś szczególnie rewolucyjnego. To nowe życie postmodernistycznych prób zwalczania monofunkcjonalności w architekturze. Specjalizujący się w inteligentnym sterowaniu złożonymi systemami naukowiec słynie z innowacyjnych rozwiązań. W kwestiach urbanistycznych nie wstydzi się jednak korzystać z dorobku Jane Jacobs – autorki niezwykle istotnej książki “The Death and Life of Great American Cities” (1961). Podobnie jak amerykańsko-kanadyjska teoretyczna, także i on wieszczy koniec pewnej ery urbanistycznej.

Warto przy tym mieć na uwadze, że proponowane przez Moreno miasta piętnastominutowe nie są de facto dziełem ostatnich kilkunastu miesięcy. Profesor po raz pierwszy o swojej koncepcji opowiadał już w roku 2016. W międzyczasie pojawiło się zresztą wiele podobnych wizji przyszłości. Miasta dwudziestominutowe proponował nawet jeszcze wcześniej, bo dekadę temu, Kent Larson z MIT; w 2019 roku podobne przemyślenia – na przykładzie stuosiemdziesięciotysięcznego miasta Tempe – opublikowała także Denise Da Silva z Arizona State University. Z kolei zespół badawczy pod przewodnictwem Min Weng, złożony z naukowców z Uniwersytetu w Wuhan i Chongqing Geomatics Center, na przykładzie Szanghaju dowodził, że miasta piętnastominutowe to inwestycja w zdrowie mieszkańców.

Miasta piętnastominutowe to powrót do sąsiedzkich relacji?

Miasta piętnastominutowe, Micaël Dessin
Miasta piętnastominutowe, rys. Micaël

Wszystkie te pomysły sprowadzają się do dość prostej w swych założeniach, acz niezwykle interesującej zmiany w zagospodarowaniu przestrzeni miejskiej. Pomyślcie sami: czyż nie byłoby cudownie mieszkać w mieście, w którym wszystko, co istotne – miejsca pracy, szkoły, sklepy i restauracje czy gabinety lekarskie – jest w zasięgu krótkiego spaceru bądź przejażdżki rowerem? Takie podejście ma wpływ nie tylko na komfort naszego życia i (potencjalnie) nasze zdrowie, ale i powrót do bardziej bezpośrednich relacji sąsiedzkich. W mniejszych społecznościach łatwiej byłoby o nawiązywanie znajomości i ich rozwijanie.

To nie tak, że metropolie zostałyby sztucznie podzielone – miasta piętnastominutowe w tym ujęciu są niczym innym jak niemalże samowystarczalnymi dzielnicami. Wygoda wynikałaby po prostu z braku konieczności przemieszczania się na drugi koniec takiej metropolii, skoro wszystko moglibyśmy załatwić w okolicy, w której mieszkami. To lokalne rozwiązania dla lokalnych problemów. Jak natomiast pokazują case study z Chin i Arizony, rozmiar nie ma znaczenia. Zarówno stosunkowo niewielkie Tempe, jak i niemal trzydziestomilionowy Szanghaj można zmienić z korzyścią dla ich mieszkańców. To jednak kwestia czegoś więcej niż ogromnych nakładów finansowych i wytężonej pracy projektowej.

Oczywiście w pierwszej kolejności musiałaby się zmienić mentalność ludzi oraz podejście władz miejskich. To, że mogę gdzieś dostać się na piechotę, w zastraszająco dużym procencie przypadków nie oznacza, że tak właśnie zrobię. Niestety rozleniwiliśmy się jako społeczeństwo. Nic więc dziwnego, że miasta piętnastominutowe tak chwalone są zwłaszcza wśród włodarzy metropolii. Najgorętszą orędowniczką idei Carlosa Moreno jest Anne Hidalgo – mer Paryża. Inne wielkie miasta, zwłaszcza te chcące wyłączenia ruchu samochodowego w centrach, także pozytywnie reagują na tego typu pomysły. To jednak nie tylko nie rozwiązuje obecnych problemów, ale i pogłębia część z nich.

Ekscytacja i ekskluzywność

Miasta piętnastominutowe, Micaël Dessin
Miasta piętnastominutowe, rys. Micaël

Inwestycja w wygodę mieszkańców w czasie, gdy na lokalnych rynkach nieruchomości ceny rosną jak szalone, brzmi jak doskonały pomysł na utrwalenie tego trendu. Oczywiście kreowanie przyszłości jest dla urbanistów i architektów przeżyciem niezwykle ekscytującym. Ba, nawet konsumenci – przyszli mieszkańcy ich dzieł – mogą zachwycać się cudownością miast przyszłości. Te jednak nie wyrosną znikąd. Powstaną dzięki przebudowie miejsc już istniejących i zawsze będą w sobie nosić DNA współczesnego świata. To zaś w dużej mierze oznacza, że jeszcze pogłębi się przepaść między poszczególnymi klasami społecznymi.

Już dziś mało kogo stać na lokum w centrach miast. Stworzenie samowystarczalnych jednostek w ramach tychże miast pozornie mogłoby więc rozładować ten problem. Centrum miasta stałoby się miejscem spotkań czy wycieczek turystycznych, podczas gdy rzeczywiste centra dowodzenia dla swoich mieszkańców stanowiłyby serca ich dzielnic. Miasta piętnastominutowe mogą jednak doprowadzić do rozprzestrzenienia się problemu wysokich kosztów życia nawet na obrzeża metropolii. Dawne dzielnice sypialne, zyskując samowystarczalność, stałyby się równie atrakcyjne dla inwestorów. W oczywisty sposób uczyniłoby to je miejscami lepszymi, ale leżącymi w zasięgu jedynie osób, które na takie luksusy stać.

Miasta muszą się rozwijać – taka ich rola. Różnorakie pomysły na ten rozwój stanowią natomiast ważne głosy – zwłaszcza z perspektywy akademickiej. Często jednak lepsze jest wrogiem dobrego, a nierozważny rozwój może powodować rozbieżności. W skali makro – jedne miasta przejdą metamorfozy, a inne nie, pogłębiając przepaść między bogatymi stolicami/miastami wojewódzkimi (i ich odpowiednikami w innych krajach) a mniejszymi jednostkami; w skali mikro natomiast część osób otrzyma nowe możliwości kosztem osób zmuszonych do zrobienia miejsca miastom przyszłości.

Ciekawy głos sprzeciwu wyrazili jakiś czas temu Carlo Ratti i Richard Florida

Zważywszy na to, że miasta piętnastominutowe stały się istnym fenomenem ubiegłego roku, a autor tej koncepcji brylował na salonach, co rusz zgarniając nagrody i wyróżnienia branżowe, Carlo Ratti (architekt, wykładowca MIT) i Richard Florida (profesor University of Toronto) postanowili przypomnieć wszystkim o pewnym niuansie, który koncepcja Moreno niejako ignoruje. Przy jednoczesnym zrozumieniu dla wizji Carlosa Moreno uczynili to na łamach portalu należącego do World Economic Forum. Otóż miasta nieprzypadkowo obejmują tak rozległe i zróżnicowane terytoria.

O ile sama idea w dużej mierze samowystarczalnych dzielnic jest ciekawa, o tyle próba przeniesienia na nie pełnego ciężaru spoczywającego na tkance miejskiej jest najpewniej błędna. Autorzy krytyki podkreślili przy tym, że podział miast ma swoje podłoża funkcjonalne i stanowi o sile danej metropolii. Nie jest bowiem tak, że wszystko musi być w naszym zasięgu. Nieprzypadkowo w sklepach spożywczych bywamy niemal codziennie, podczas gdy w barach, kinach czy teatrach raz w tygodniu/raz w miesiącu/raz w roku. Odległość bywa tego powodem, ale i stanowi o pewnej wyjątkowości takich mniej codziennych czynności. Przypomina to także o tym, gdzie bije serce miasta i co wyznacza jego tętno. Wracając do domów, niekoniecznie chcemy wciąż to tętno czuć i słyszeć. Także ze względów psychologicznych potrzebujemy różnorodności w naszych życiach – miejsc, w których rozmywa się nasza powtarzalna codzienność.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Niedorzeczna petycja w sprawie serialu “Good Omens”

Lubicie, gdy wasze zdanie na jakiś temat znajduje szerokie poparcie i ma...
Czytaj wiecej