Powrót na łono natury (Damon Albarn – “The Nearer the Fountain, More Pure the Stream Flows”)

Damon Albarn. The Nearer the Fountain, More Pure the Stream Flows, Transgressive Records
Damon Albarn – "The Nearer the Fountain, More Pure the Stream Flows", fot. Transgressive Records
Damon Albarn to zdecydowanie jedna z najpłodniejszych ikon współczesnego popu. Liczba projektów na koncie Brytyjczyka każe zastanowić się, kiedy artyści tacy jak on znajdują czas na sen. W tym roku ojciec sukcesu Blur i Gorillaz również nie brał urlopu. Wręcz przeciwnie – włożył sporo wysiłku w solowy album, który plasuje się w czołówce jego bogatej dyskografii.

Wydany nakładem Transgressive Records album “The Nearer the Fountain, More Pure the Stream Flows” ukazuje nam doświadczonego artystę w doskonałej formie. To kolekcja melancholijnych, art-popowych perełek, łączących w sobie subtelną poezję warstwy tekstowej z orkiestrowym rozmachem instrumentalnym. Patronujący płycie refleksyjny nastrój przywodzi na myśl znakomite albarnowskie dzieło z 2014 roku – “Everyday Robots”.

Wydawnictwo sprzed siedmiu lat także opowiadało swoje historie pogrążone w słodko-gorzkiej zadumie. Kluczowa różnica między longplayami tkwi jednak w brzmieniu. “Roboty” posługiwały się głównie hipnotyzującą elektroniką, dopasowując się tym samym do emocjonalnego chłodu internetowej dekady. Tymczasem najnowsze artystyczne dziecko Albarna staje w opozycji do oziębłości ery uczuć w stylu “Virtual Reality”, prezentując znacznie bardziej organiczne melodie.

Jak wspomina Albarn, ten album jest zainspirowany liryzmem islandzkich krajobrazów

Utwór tytułowy

Nic więc dziwnego, że w znajdujących się na nim piosenkach słychać echa tęsknoty za Matką Naturą. Stylistyka, jaką posługuje się londyński muzyk, jest zupełnie niedzisiejsza. Oderwana od symulowanego charakteru futurystycznej teraźniejszości, skłania się ku pejzażom świata wczorajszego. Nie ma w niej jednak pustego romantyzmu. Od czasu do czasu gdzieś pomiędzy szczeliny kompozycji wkrada się wręcz szczypta niepokojącej kakofonii. Owe pęknięte momenty przypominają o tragikomicznym paradoksie nostalgii – ekstazy fantazji osiąganej dzięki przerażającej niemożliwości jej spełnienia.

Albarn zupełnie rezygnuje tu z post-Gorillazowej, gatunkowej zgrywy na rzecz prostszej, szlachetniejszej formy. W premierowych numerach nie ma produkcyjnej precyzji charakteryzującej ostatnie hip-hopowo-klubowe eksperymenty artysty. Paleta dźwiękowych barw tej płyty jest mniej perfekcyjna, ale za to bardziej ludzka niż jego wycieczki w przestrzeń beatmakingu.

Motywem przewodnim większości utworów jest godzenie się z utratą oraz przemijaniem

Znakomity występ na żywo

To kolejny dowód na świadomą niedzisiejszość płyty. Ex-britpopowiec, tak jak i my, funkcjonuje przecież w realiach kultury tu i teraz. Oddycha powietrzem skażonym przez korporacyjny pseudobuddyzm chwytania produktywnego potencjału każdej chwili. Żyje w świecie niepozwalającym na oglądanie się za siebie, wtłaczającym człowiekowi do głowy fałszywe carpe diem na glinianych nogach kapitalizmu.

Zamiast godzić się na wymazywanie przeszłości, Damon Albarn składa jej jednak urzekający hołd. Nie zamierza jej wskrzeszać – nie jest przecież naiwnym idealistą. Pozwala sobie natomiast na medytację nad ulotnością wczorajszej chwili. Nie stara się łatać uciekających dni plastrem samorealizacji, a raczej po prostu w pełni akceptuje doskwierające mu poczucie b r a k u.

Najnowszy projekt brytyjskiego muzyka można nazwać wyrafinowaną konfrontacją z syntetycznością otaczającej nas rzeczywistości. Organiczne brzmienie wraz z intensywnymi emocjonalnie wersami tworzą oderwane od teraźniejszości – i dzięki temu intrygujące – dzieło. Nie ma chyba lepszej muzycznej propozycji na tegoroczne zimowe wieczory.

Wywiad z artystą
Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

“Zaraza”, czyli Kazik na gorąco

Kazik Staszewski znów wciela się w rolę naczelnego rockowego publicysty.
Czytaj wiecej