Egzystencjalny horror miejski (Dean Blunt – “Black Metal 2”)

Dean Blunt, Maria Jefferis
Dean Blunt podczas koncertu w Electrowerkz (Londyn, listopad 2014), fot. Maria Jefferis
Spróbujmy zdefiniować artystę niezdefiniowanego. Dean Blunt jest reprezentantem współczesnej brytyjskiej sceny eksperymentalnej, który nieustannie wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Jego nieuchwytność jest już wręcz legendarna. Pochodzący z Hackney muzyk nie udziela wywiadów, nie dba o promocję swojej twórczości i niechętnie wypożycza twarz próżnym fleszom.

W czasach określonych przez cielesne znaki towarowe Dean Blunt skłania się ku anonimowości. Porusza się po peryferiach wielu różnych gatunków, alergicznie reagując na ideę stylistycznej spójności. To pełnokrwisty przedstawiciel dzisiejszego odłamu sztuki outsiderskiej. Osobowość rzeczywiście funkcjonująca na przekór. Prawdopodobnie najbardziej doceniany materiał, który wyszedł spod jego ręki to “Black Metal”.

Wydany w 2014 roku album do dziś cieszy się estymą najdojrzalszego bluntowskiego projektu. I chyba słusznie. W końcu to właśnie tam jego wszystkie muzyczne i liryczne obsesje współgrają ze sobą najlepiej. Artpopowy roztwór uzyskany z carverowskiej cichej desperacji, lynchowskiego oniryzmu i samplowanej repetycji wciąż przywodzi na myśl nerwowy sen, który pozostaje w pamięci dłużej niż wiecznie.

Siedem lat i kilka płyt później Dean Blunt powrócił do własnego opus magnum

Jeden z nielicznych wywiadów z tajemniczym artystą

Kontynuację krążka z czarną okładką nazwał po prostu “Black Metal 2”. Oczywiście angielski twórca nie byłby sobą, gdyby puścił w obieg standardowy sequel. Jego pomysł na ciąg dalszy prezentuje się zupełnie inaczej niż idea, którą znamy z hollywoodzkich scenariuszy. Zamiast szybciej, więcej, mocniej, dostajemy wolniej, mniej, subtelniej.

Jeśli przyjmiemy, że część pierwsza jedynie pogrywała sobie z oszczędnością środków wyrazu, to już dwójka występuje przed odbiorcą w stanie kompletnie surowym. Utwory są znacznie krótsze – całość trwa mniej więcej tyle, co “Forever” i “X”, czyli dwa najdłuższe momenty poprzedniego krążka. Zmienił się również dobór instrumentów. Po hipnotycznej elektronice, która wzbogacała piosenki sprzed lat, nie ma już właściwie śladu. Została zastąpiona m.in. gitarą, sekcją smyczkową czy nawet harmonijką.

Dzięki ekonomicznemu brzmieniu bluntowska poezja staje się ostra jak nigdy dotąd

Dean Blunt w trakcie introwertycznego występu

Poprzez doprowadzenie dźwiękowego minimalizmu do skrajności Dean Blunt pozwala lśnić autorskim wersom. Przedstawia nam najbardziej literackie dzieło w swoje karierze. Formalna subtelność “Black Metal 2” oddaje pierwszy plan symbolice, która pojawiała się u artysty już wcześniej, ale nigdy nie odznaczała się taką klarownością. Najbardziej rzucającymi się w uszy motywami są dwa czołowe archetypy nowoczesności – broń oraz pieniądze.

Obaj bohaterowie odgrywają tu autoironiczne role. Pierwszy z nich kpi z własnych atletycznych konotacji. Obnaża się przed odbiorcą jako nieudolna metafora siły oraz dominacji. Świadomy absurdu bycia czarodziejską różdżką mającą ponoć trzymać rzeczywistość na smyczy (patrz: frazeologizmy trapu), zanosi się głośnym, ironicznym śmiechem. Zdaje sobie sprawę z tego, że nie odczaruje egzystencjalnej pustki miejskiej. U Blunta ekskalibur kultury hip-hopowej jest rekwizytem wykastrowanym przez wszechmoc urbanistycznego piekła.

Drugi protagonista również dostrzega ironię własnego losu. Bluntowskie narracje wciąż go poszukują i wciąż nie mogą go znaleźć. Gdy jednak w końcu pozwala się odszukać, przestaje być traktowany poważnie. Ludzka fiksacja na jego punkcie kończy się przy bliższym poznaniu. Wtedy owa obsesja okazuje się jałowym mitem. Czczony z daleka, pieniądz oglądany z odległości kilku metrów, odsłania swoją syntetyczność. Jest wtedy niczym innym, jak tylko konwencjonalnym przedmiotem dekorującym ludzki strach przed jądrem ciemności betonowej dżungli.

Wspomniane motywy przewodnie ozdabia szereg wyrażeń slangowych, które Blunt pożycza od rapowej gwary

Kompilacja surrealistycznych klipów Deana Blunta

Brytyjczyk wielokrotnie powtarza te same słowa jak mantrę, demaskując trywialność współczesnego hip-hopu. Bitchowoniggowe bisy ukazują rap jako gatunek, który zgubił szansę na bycie egzystencjalizmem XXI wieku w gęstwinie wytartych, hedonistycznych sformułowań. Diagnoza współtwórcy projektu Hype Williams brzmi następująco: miejska poezja miała być reżyserką codzienności, a została jej służką.

Kontynuacja kultowego albumu “Black Metal” to projekt dedykowany osobom zaniepokojonym ideą megalopolis. Blunt co prawda nie stara się wyleczyć tej fobii, ale przynajmniej próbuje stawić jej czoła. Wydaje się, że odsłuch ponad dwudziestu minut bluntowskiego egzorcyzmowania miejskiego demona to minimum, na jakie my wszyscy powinniśmy sobie pozwolić. Tak więc opuśćcie stronę z niniejszą recenzją i czym prędzej zapoznajcie się z nową płytą najbardziej enigmatycznego artysty naszych czasów. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

“What’s Your Pleasure?” od Jessie Ware to perfekcyjny album popowy

Brakuje Wam solidnej porcji poptymizmu? Jessie Ware o Was zadba! Jej najnowszy...
Czytaj wiecej