Heroiczny tragizm “Diuny” Davida Lyncha

Kyle MacLachlan, Paul Atryda, Diuna (1984), David Lynch, Universal Pictures
Kyle MacLachlan jako Paul Atryda w "Diunie" (1984) Davida Lyncha, fot. Universal Pictures
Czas oczekiwania na ekranizację "Diuny" w reżyserii Denisa Villeneuve'a przywołuje wspomnienia związane z innym obrazem. Zbliżająca się wielkimi krokami spektakularna premiera przypomina nam o dziele z 1984 roku – filmie Davida Lyncha, który tak naprawdę nigdy nie był filmem Davida Lyncha.

Projekt twórcy “Twin Peaks” do dziś funkcjonuje jako jedna z największych hollywoodzkich porażek, zarówno pod względem artystycznym, jak i finansowym. “Diuna” to też jedyna pozycja w filmografii Davida Lyncha, na którą zwykle reżyser spuszcza wstydliwą zasłonę milczenia. Świat Franka Herberta kojarzy mu się z prywatną, kreatywną klęską i nawet na niewinne dziennikarskie pytania o villeneuvowskie przedsięwzięcie reaguje poirytowaniem. Nie można się mu dziwić. Perfekcjoniści niechętnie przyznają się do błędów i nie lubią, gdy się im je wytyka.

Dyskusja na temat tamtej “Diuny” nie musi jednak ograniczać się do krytyki reżyserskich działań

Zwiastun lynchowskiej “Diuny”

Wręcz przeciwnie. Może równie dobrze dotyczyć heroizmu twórcy, który kiedyś stoczył nierówny bój z hollywoodzką poczwarą. Pokiereszowane, nadgryzione długotrwałym konfliktem interesów dzieło science fiction, symbolizuje odwieczną walkę sztuki z biznesem. Porażka poprzedniej ekranizacji “Diuny” jest w pewnym sensie sukcesem Lyncha. Udowadnia bowiem, że najważniejszy współczesny surrealista nie potrafi tworzyć na zlecenie. Jego podejście do X Muzy jest na tyle unikalne, że wymyka się komercyjnym standardom narzucanym przez formułę hollywoodzkiej superprodukcji.

Kilkadziesiąt lat temu tę oryginalną filmową filozofię próbowano poddać czemuś w rodzaju pre-marvelowskiej kastracji. Producenckie grube ryby skusiły młodego, obiecującego artystę wielkimi perspektywami i jeszcze większymi pieniędzmi, po czym próbowały zamknąć mu usta. Władze wytwórni z całych sił starały się ograniczyć swobodę twórczą reżysera i zamienić projekt na produkt. Ich ofiara stawiała jednak silny opór i bohatersko broniła swoich wartości. Efektem starcia był kompletnie nieudany film, który jednak ma znacznie więcej do zaoferowania widzowi niż dzisiejsze okołoavengersowe hity.

“Diunę” i współczesne głównonurtowe narracje łączy jedna wspólna cecha

Diuna (1984), David Lynch, Universal Pictures
“Diuna” (reż. David Lynch, 1984) – Feyd-Rautha (Sting) pojedynkujący się z Paulem Atrydą (Kyle MacLachlan), fot. Universal Pictures

Tak wtedy, jak i dziś przemieleni przez hollywoodzką maszynkę młodzi, zdolni filmowcy przetwarzają swoje koncepcje na garmaż. Różnią się jednak poziomem komercyjnej efektywności. Lynchowska adaptacja jest chaotycznym polem bitwy, produktem zrujnowanym przez antykorporacyjnego artystę-anarchistę. W tym przypadku reżyserowi być może nie udało się całkowicie przepchnąć autorskiej wizji, ale za to nie pozwolił też producentom na pełne zbanalizowanie jego pomysłów. Wykreował produkt, którego nie da się sprzedać, czyli nieopłacalnego bękarta Hollywood.

Tymczasem w okołomarvelowskich tytułach nie dostrzeżemy śladów artystycznej walki. Te filmy są wyrazem absolutnej kapitulacji niegdyś niezależnych twórców. Kiedyś niezależni reżyserzy, dziś reprezentanci gigantycznych marek oddający swe dusze niemal bez walki. Od razu wywieszają białą flagę i uginają się pod wpływami marketingowców, PR-owców i finansowych analityków. W rezultacie powstają dzieła równie nieudane co “Diuna” Lyncha, ale jeszcze mniej zapadające w pamięć.

Disney, Marvel, Warner Bros. i księstwa przyległe wraz ze swoimi podwykonawcami masowo produkują hamburgery. Kilka dekad temu David Lynch wygenerował takiego hamburgera, po czym rzucił go swoim szefom w twarz. Właśnie na tym polega wartość pierwszej ekranizacji książki Franka Herberta.

Warto się zastanowić, czy Denis Villeneuve ma w sobie lynchowską siłę woli

Zwiastun nowej “Diuny”

Jeśli jej nie ma, to nowa “Diuna” dołączy do grona bezbarwnych, filmowych marek co roku zalewających nasze multipleksy. Jeśli jednak ją posiada, to być może uda mu się przemycić choćby odrobinę bezkompromisowości do świata popcornowego biznesu. Szansa na wygranie wojny jest nikła, ale już perspektywa jednej zwycięskiej bitwy wydaje się całkiem realna.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Lingua Ignota prezentuje najodważniejszą płytę roku – “Caligula”

Jedna z bardziej intrygujących przedstawicielek współczesnej sceny eksperymentalnej bezwzględnie rozprawia się z...
Czytaj wiecej