“Diuna” – melanż uderza do głowy [Recenzja]

Timothée Chalamet, Paul Atryda, Denis Villeneuve, Warner Bros.
Timothée Chalamet jako Paul Atryda – główny bohater "Diuny" (reż. Denis Villeneuve, 2021), fot. Warner Bros.
Stało się. Kolejny wyczekiwany megahit wchodzi do naszych kina z opóźnieniem. Bezsprzecznie "Diuna" Denisa Villeneuve’a to jeden z najgłośniejszych filmów nie tylko tego roku, który budził w widzach wiele emocji. Czy warto było czekać i komu spodoba się nowa wizja Arrakis?

Wiele filmów wchodzi właśnie na ekrany kin z pewnym opóźnieniem. Przede wszystkim dwa tytuły były jednak tymi, na które czekaliśmy z wypiekami na twarzach – “Nie czas umierać” Cary’ego Fukunagi oraz “Diuna” Denisa Villeneuve’a. Kanadyjczyk to autor między innymi “Sicario”, “Nowego początku” czy “Blade Runnera 2049”, będący już marką samą w sobie i gwarantem dobrej jakości. Wydawał się więc idealnym wyborem na stanowisko reżysera kolejek adaptacji kultowej powieści Franka Herberta o pustynnej planecie Arrakis – Diunie.

Historia rodu Atrydów

Josh Brolin, Oscar Isaac, Diuna, Denis Villeneuve, Warner Bros.
Josh Brolin jako Gurney Halleck i Oscar Isaac jako Leto I Atryda w “Diunie” (reż. Denis Villeneuve, 2021), fot. Warner Bros.

“Diuna” to pierwsza część cyklu powieści Kroniki Diuny. Opowiada ona o pustynnej planecie Arrakis, na której znajdują się złoża najbardziej pożądanej substancji we wszechświecie – melanżu zwanego również przyprawą. Ten, kto posiadał we władaniu Diunę, będącą jedynym miejscem, z którego można pozyskiwać melanż, posiadał również bogactwo.

Akcja powieści i filmu rozpoczyna się w momencie, kiedy to Imperator odbiera Arrakis rodowi Harkonnenów, panującemu tam przez osiemdziesiąt lat i oddaje go w lenno Atrydom. To właśnie z tego rodu wywodzi się główny bohater – Paul Atryda (Timothée Chalamet). Paul jest synem księcia Leto Atrydy (Oscar Isaac) i Lady Jessiki (Rebecca Ferguson). Wraz z rodziną przylatuje na Diunę, gdzie czeka go zupełnie inna przyszłość, niż podejrzewał, ale też wypełnienie swojego przeznaczenia.

Kolejne zmierzenie się z powieścią

Timothée Chalamet, Zendaya, Javier Bardem, Rebecca Ferguson, Denis Villeneuve, Diuna, Warner Bros.
Lady Jessica (Rebecca Ferguson), Chani (Zendaya), Stilgar (Javier Bardem) i Paul (Timothée Chalamet), fot. Warner Bros.

“Diuna” Villeneuve’a to nie pierwsza próba adaptacji tej kultowej powieści. W 1984 dokonał tego David Lynch, później powstały również dwa miniseriale, a za ekranizację kiedyś chciał zabrać się również Alejandro Jodorowsky, choć jego produkcja nigdy nie doszła do skutku. Film Lyncha przez wielu uznawany jest nie tylko za kiepską ekranizację, ale również bardzo zły obraz. Osobiście uważam, że jest tam wiele Lyncha w Lynchu i mam do niego ogromny sentyment. Niestety nie mogę się jednak wypowiedzieć, czy jest to dobra adaptacja powieści Herberta, czy też nie, gdyż nigdy jej nie przeczytałem.

Informacją o tym, że to Villeneuve będzie kolejnym reżyserem, który zmierzy się z tą historią, fani byli natomiast zachwyceni. Kanadyjczyk wielokrotnie pokazał nam, że doskonale radzi sobie z wielkimi produkcjami, które później zachwycają swoim rozmachem. Tego chyba potrzebowała “Diuna”, dlatego ten wybór zdawał się idealny.

Audiowizualna perła?

Dave Bautista, Rabban Harkonnen, Diuna, Warner Bros.
Dave Bautista jako Rabban Harkonnen, fot. Warner Bros.

Było to pewne i jest niezaprzeczalne: nowa “Diuna” wygląda i brzmi bardzo dobrze. Nakręcona jest z niesamowitą pieczołowitością i niemal każdy kadr może tu zachwycać. Dbałość o wszelkie detale zachwyca od scenografii, poprzez kostiumy i fryzury, aż po efekty specjalne. Wszystko to upiększa świetna muzyka Hansa Zimmera, który – choć nieco zachowawczo – odróżnia się tym razem od wielu swoich poprzednich prac. Można nawet napisać, że momentami ciężko rozpoznać, że to właśnie Zimmer odpowiedzialny jest tu za muzykę. Jeśli ktoś ma okazję, to warto film zobaczyć w kinie IMAX. Ja na pewno będę chciał powtórzyć seans za kilka miesięcy w jakości 4K.

Śmietanka Hollywood i casting idealny

Czymś, co w szczególności może w tym filmie zachwycać, to doskonały casting. Nie mogę się wypowiadać, czy aktorki i aktorzy dobrze oddają postacie z powieści, ale na pewno każdy z nich idealnie wypada na ekranie. Mamy tu właściwie całą współczesną śmietanką Hollywood. Pojawiają się tu bowiem Timothée Chalamet, Zendaya, Jason Momoa, Rebecca Ferguson czy Oscar Isaac, a to oczywiście nie koniec wyliczanki. Moimi faworytami są tu Ferguson i Isaac, na których patrzyłem z ogromną przyjemnością. Chalamet niestety dla mnie gra tak samo, jak w każdym poprzednim filmie. Nie twierdze, że gra źle, ale nie widzę tu zmiany. Szkoda.

“Diuna” i smutne rozczarowanie

Rebecca Ferguson, Lady Jessica, Warner Bros.
Rebecca Ferguson jako Lady Jessica, fot. Warner Bros.

Dochodzimy do momentu, w którym muszę napisać, że nowa “Diuna” jest dla mnie ogromnym rozczarowaniem. Choć prezentuje się zjawiskowo, jest filmem nudnym. Oczywiście pewnie osoby, które czytały powieść i mają do niej emocjonalny stosunek, inaczej spojrzą na adaptację. Ja jednak mam za sobą jedynie przygodę z poprzednimi ekranizacjami. Wspomniane piękne kadry owszem są piękne, ale w moich oczach wydały się też niespecjalnie pociągające.

Villeneuve to reżyser, którego bardzo cenię i który zna się na swoim fachu, jednak stworzył film niesamowicie bezpieczny. Nie ma tu szaleństwa, które by sprawiło, że nie mogę oderwać wzroku od ekranu. Wszystko jest ładne, zadbane i nieskazitelne. Dlatego też, jeśli chodzi o klimat, to o wiele bardziej podobała mi się “Diuna” w wizji Lyncha, która była przepełniona brudem i brutalnością. Tymczasem z kina wychodziłem z poczuciem, że zostałem oszukany. Przede wszystkim dlatego, że przez dwie i pół godziny seansu, działo się niewiele.

Zendaya, Chani, Diuna, Denis Villeneuve, Warner Bros.
Zendaya jako Chani, fot. Warner Bros.

Dostaliśmy dwie, może trzy naprawdę dobre i trzymające w napięciu sceny – i na tym koniec. Dodatkowo – i o to mam największy żal – powieść została podzielona na dwa filmy. Nie miałbym z tym najmniejszego problemu, gdyby nie to, że nie jest to marketingowo nigdzie komunikowane. Na wszystkich materiałach promocyjnych film występuje jako “Diuna”, a dopiero na sali kinowej i napisach początkowych dowiadujemy się, że jest to “Diuna. Część I”. Z tego powodu po wspomnianych stu pięćdziesięciu minutach, kiedy w końcu zaczyna się coś dziać, film się kończy. Kontynuacja nie została natomiast jeszcze wyprodukowana. Jako widz czuję się oszukany, gdyż wolę, kiedy twórcy grają z nami w otwarte karty.

W oczekiwaniu na ciąg dalszy

Na dzień przed polską premierą “Diuny” studio oficjalnie poinformowało, że powstanie druga część. Przez to, że całość nie była nakręcona za jednym razem, teraz musimy nieco poczekać. Teoretycznie premiera jest możliwa nawet w 2023, ale to pewnie będzie też zależeć od sytuacji pandemicznej na świecie. Pozostaje nam czekać. Z jednej strony wiem, że teraz dostaniemy porządną akcję, z drugiej jednak twórcy pozostali u mnie niesmak spowodowany nieczystą zagrywką marketingową.

Jednocześnie, nie chcę zniechęcać nikogo do tego filmu. To naprawdę dobrze zrealizowane widowisko, które większości widzom powinno się spodobać – bez względu na to, czy czytali książkę, czy też nie. Ja się rozczarowałem, zapewne jestem w mniejszości. Wciąż jednak z chęcią obejrzę “Diunę” ponownie za kilka miesięcy.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

“WandaVision” – pierwszy serial Marvela już dostępny na Disney+

Gdy w 2019 roku do kin wszedł film "Avengers: Koniec gry", otrzymaliśmy...
Czytaj wiecej