Dla kogo tak naprawdę tworzone są komiksy?

"Bomb Queen", fot. Image Comics
Postrzeganie komiksów jako sztuki, często odbierane są z przymrużeniem oka. W końcu "książeczki z obrazkami są dla dzieci"... a teza ta jest równie trafna, co stwierdzenie, że inteligentni ludzie czytają książki, zamiast oglądać filmy. Innymi słowy: bzdura jakich mało! Dlatego w ramach walki z ignorancją, porozmawiamy o powieści graficznej.

Komiksy i artystyczne aspiracje ich twórców, często odbierane są z przymrużeniem oka. W końcu “książeczki z obrazkami są dla dzieci”… a teza ta jest równie trafna, co stwierdzenie, że inteligentni ludzie czytają książki, zamiast oglądać filmy. Innymi słowy: bzdura jakich mało! Dlatego w ramach walki z ignorancją, porozmawiamy o powieści graficznej.

Taka już specyfika tego gatunku, że w jakimś stopniu czerpie on z innych dziedzin sztuki (a może to one czerpią z niego?). Z jednej strony mamy tu do czynienia z literaturą, z drugiej zaś z różnego rodzaju metodami graficznymi. W końcu mówimy o “historyjkach obrazkowych” – powieściach, opowiedzianych głównie obrazem. Jednak mimo tej wielowymiarowości, komiksy nadal postrzegane są przez pryzmat krzywdzących stereotypów, trywializujących tę – wcale nie prostą – formę sztuki. I nawet lata sześćdziesiąte, w trakcie których (głównie za sprawą Roya Lichtensteina) komiksowe kadry trafiły na pop-artowe wernisaże, nie zmieniły tej sytuacji.

Roy Lichtenstein "Whaam!" (1963) - panel pochodzący z "All-American: Men of War" #89, fot. DC Comics (1962)/Tate Modern
Roy Lichtenstein “Whaam!” (1963) – panel pochodzący z “All-American: Men of War” #89, fot. DC Comics (1962)/Tate Modern

To przemykanie między literaturą a grafiką, właściwie od zawsze obniżało artystyczną wartość komiksów. Już w początkowy okresie, zapisały się one w masowej świadomości głównie za sprawą prostoty (zarówno formy, jak i tematyki) oraz druku na łamach prasy najniższych lotów. Wydaje się więc, że komiks najzwyczajniej w świecie musi zmagać się łatką czegoś “banalnego”. W tym czasie kino zyskało miano “dziesiątej muzy”, kilkadziesiąt lat później jedenastą z muz została telewizja, obecnie nawet internet i gry komputerowe bywają nazywane “dwunastą muzą”. A komiksy? Cóż, im przypisuje się powstanie terminu “yellow journalism”, czyli pierwowzoru współczesnych “brukowców”. Nie zagłębiajmy się jednak w aż tak zamierzchłe czas. Spójrzmy na aktualną sytuację.

Jeden z komiksów "Yellow Kid", fot. "New York Journal" (24.10.1897)
Jeden z komiksów “Yellow Kid”, fot. “New York Journal” (24.10.1897)

Mogłoby się wydawać, że komiksy przeżywają obecnie drugą (albo i piątą) młodość, a ich twórcy mają sporo powodów do radości. Ciężko jednak stwierdzić, czy renesans tej branży to fakt, czy raczej myślenie życzeniowe. Wątpliwości nie pozostawia jedynie to, że żyjemy w czasach największej różnorodności w ramach tego gatunku.

Odrodzenie sztuki komiksowej

Odnoszę wrażenie, że “odrodzenie sztuki komiksowej” zaszło raczej w głowach twórców, niż wśród czytelników gatunku. I w żaden sposób nie łączyłbym tego faktu z pojawiającymi się co chwilę ekranizacjami komiksów. Owszem, dzięki filmom popularyzowane są niektóre (i tak już kultowe) postaci… ale to właśnie one zdobywają uznanie głównie młodszych odbiorców, jedynie potwierdzając słowa malkontentów. Tak czy inaczej, w statystykach czytelnictwa nie wygląda to jednak dobrze. Oto najprostszy przykład (dane).

"Civil War", fot. Marvel Comics
“Civil War”, fot. Marvel Comics

Jak na razie najlepszym tegorocznym wynikiem “box office”, może pochwalić się film “Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów”. Obraz jest dość okrojoną wersją siedmioczęściowej serii “Civil War”, która ukazywała się na przełomie lat 2006-2007 – czyli tuż przed bumem na superbohaterskie produkcje filmowe. W tamtym okresie, każdy z siedmiu numerów tej serii wygrywał ranking sprzedaży w miesiącu, w którym się ukazywał. Wyniki sprzedaży poszczególnych zeszytów wahały się, jednak średnio było to niemal 268’000 egzemplarzy.

Ekranizacja serii zbiegła się w czasie z publikacją jej drugiej części. Pierwszy numer, który ukazał się miesiąc po premierze filmu, kupiło 382’000 osób. Świetny wynik, jednak kolejne zeszyty osiągały zaledwie 1/3 tej liczby. Średnia sprzedaż dotychczasowych czterech numerów nie wygląda więc już tak dobrze i wynosi około 150’000 egzemplarzy. Dla porównania: film tylko podczas weekendu otwarcia, obejrzało w Stanach Zjednoczonych około 10’000’000 osób (lekko licząc, bo to szacunki na podstawie wyników “box office”).

"Civil War" kontra "Captain America: Civil War", fot. Marvel Comics/Marvel Studios
“Civil War” kontra “Captain America: Civil War”, fot. Marvel Comics/Marvel Studios

Związek między filmami a komiksami nie jest więc tak duży, jak mogłoby się wydawać. Jednak z mojej perspektywy ważniejsza w tym całym “odrodzeniu”, jest intensyfikacja projektów niezależnych. Oczywiście na rynków cały czas panuje duopol, w którym Marvel i DC jedynie zamieniają się na czele rankingów najlepiej sprzedających się publikacji, ale coraz więcej do powiedzenia mają także mniejsi wydawcy, garściami czerpiący z osiągnięć “poprzedniej epoki”.

Komiksy długo dojrzewające

Co prawda komiks jest gatunkiem ponadstuletnim, jednak cześć tego okresu uznawana jest po prostu za “prehistorię”, natomiast dla “nowożytnej” historii obrazkowej wydziela się pięć epok. Pierwsza z nich – złote lata komiksu – to czas najmocniej odpowiedzialny za współczesny kształt gatunku. Jednocześnie to właśnie tutaj można doszukiwać się jego najbardziej “dziecinnych” cech: jasnego podziału na dobro i zło, prostych rozwiązań i innych elementów, które z czasem nabierały powagi. Stan ten trwał w latach 1935-56, by ustąpić miejsca “srebrnym latom komiksu”.

Słynny panel z Batmanem i Robinem - "World's Finest Comics" #153, fot. DC Comics (1965)
Słynny panel z Batmanem i Robinem – “World’s Finest Comics” #153, fot. DC Comics (1965)

Kolejne dwadzieścia lat upłynęło pod znakiem coraz ciekawszych kreacji superbohaterskich, które jednak nadal służyły przede wszystkim rozrywce. Zaczęło się to zmieniać dopiero w latach siedemdziesiątych, gdy na łamach komiksów zagościły poważniejsze tematy. To właśnie nazywane jest “epoką brązu” i można uznać, że to właśnie wtedy odbiorcy zaczęli dostrzegać w historiach obrazkowych coś więcej, niż tylko zabawę. Autorzy przemycali coraz mocniejsze przesłania, coraz ciekawsze, bardziej ludzkie problemy zaczęły spotykać superbohaterów. W pewnym sensie, trwający obecnie postmodernizm (piąta epoka), jest naturalną kontynuacją właśnie tego stylu. Widoczne jest to zwłaszcza w wydawnictwach głównego nurtu, gdzie nawet herosi, muszą zmagać się z problemami mocno ujmującymi ich idealnemu wizerunkowi. Jednak nurt niezależny zdecydowanie bardziej upodobał sobie czwartą z epok…

Komiksy, które zmieniły postrzeganie gatunku

W połowie lat osiemdziesiątych, na łamach komiksów wszelkiej maści, nastały “mroczne czasy”. Gdy uznani twórcy weszli już na poważne tematy, ciężko było się zatrzymać. Na dodatek do głosu zaczęła dochodzić nowa fala, na czele z Frankiem Millerem i Alanem Moorem. Obaj autorzy pracowali w tym czasie przy najmroczniejszy (i zarazem najlepszych) odsłonach przygód Batmana (1986 – “The Dark Knight Returns”, 1987 – “Year One” Millera i 1988 – “The Killing Joke” Moore’a). Właśnie “Powrót Mrocznego Rycerza” zwiastował nadejście nowej epoki, jednak za “komiks przełomowy” najczęściej uznaje się serię “Watchmen”, autorstwa Alana Moore’a.

Początkowa sekwencja żartu Rorschacha - "Watchmen" #2, fot. DC Comics (1986)
Początkowa sekwencja żartu Rorschacha – “Watchmen” #2, fot. DC Comics (1986)

Nie ma w tym pewnie nic dziwnego, że mroczne czasy, okazały się dla komiksu czasami najciekawszymi. Był to moment, gdy autorzy zauważyli w końcu, że większość czytelników ich twórczości, to ludzie dorośli. Do głosu doszły więc zbiry, fabuła nie musiała już tłamsić brutalnych, jakże naturalistycznych ujęć. Właśnie w tym okresie sztuka zerwała wszelkie krępujące ją “łańcuchy”. Bunt trwał w najlepsze.

Czytelnicy pokochali nowe oblicze komiksu. Buntownicze plansze trafiały w samo sedno. Wyidealizowani bohaterowie zostali odstawieni na boczny tor, a ich miejsce zajęły postaci o złożonych, niejednoznacznych charakterach. “Punisher”, “Hellblazer”, “Sandman”, “V jak Vendetta”, “From Hell” czy “Lost Girls”, to tylko szczyt listy. Nie można także zapomnieć o twórczości Franka Millera, który w tym okresie pokazał światu “300”, “Hard Boiled” czy dzieło swojego życia – kultowe “Sin City”. Jednak najciekawszym z symboli tego okresu, jest najprawdopodobniej “Maus” Arta Spiegelmana. Opisanie piekła holokaustu w konwencji powieści alegorycznej (niczym orwellowski “Folwark zwierzęcy”) może jeszcze by przeszło… ale zrobienie tego na łamach komiksu wywołało skandal. Jak czas pokazał – zupełnie niesłusznie. Obawy krytyków zupełnie się nie potwierdziły. Historia wcale nie ucierpiała za sprawą przekazania jej w formie obrazkowej, a autorowi przyniosła nagrodę Pulitzera w roku 1992.

Panel z komiksu "Maus" #2, fot. Art Spiegelman/Pantheon Books (1991)
Panel z komiksu “Maus” #2, fot. Art Spiegelman/Pantheon Books (1991)

Powrót do “normalności”

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych można było zaobserwować stopniowe powracanie do nieco łagodniejszy obrazów. Co prawda w trakcie okresu przejściowego nadal pojawiały się perełki pokroju “Transmetropolitan” (1997-2002) czy “100 Naboi” (1999-2009), jednak najwięksi wydawcy powoli wracali do superbohaterów. Ale byli oni znacząco odmienieni! Twórcy wyciągnęli nauczkę i zaczęli prezentować na łamach komiksów znacznie bardziej dramatyczne historie. Nawet najwięksi herosi zyskali ludzkie oblicza, a całość komiksowego świata stała się znacznie bliższa odbiorcy.

Pokłosiem “mrocznych czasów” był jednak swoisty rozłam. Nie każdy poszedł w ślady DC i Marvela, a pulpową niszę zaczęli zapełniać autorzy niezależni. Odżyły wszelkiego rodzaju kryminały, horrory i formaty epatujące seksem, a ważnym graczem na rynku stało się Image Comics. To ten wydawca odpowiada choćby za “Bomb Queen” (zdjęcie na samej górze), ale przede wszystkim za spopularyzowanie twórczości Roberta Kirkmana.

Kadr z "The Walking Dead" #100, fot. Image Comics
Kadr z “The Walking Dead” #100, fot. Image Comics

O ile nazwisko autora może niektórym nic nie mówić, o tyle “The Walking Dead” kojarzą chyba wszyscy. Serial telewizji AMC powstaje właśnie na podstawie jego komiksu, ukazującego się od 2003 roku. Co więcej, w roku 2014 Kirkman zaczął tworzyć kolejny tytuł – “Outcast” – który także doczekał się już premiery telewizyjnej! Jest on jednak tylko jednym z wielu twórców, którzy swym sukcesem dali sygnał innym autorom niezależnym. Wielu z nich nie fatyguje się nawet do wydawców, a swoją twórczość od razu prezentują najostrzejszemu z krytyków – społeczności internetowej.

Mógłbym tak jeszcze długo…

Jak już wspomniałem – “odrodzenie sztuki komiksowej” wcale nie ma swojego odzwierciedlenia w wynikach czytelnictwa, jednak najwyraźniej przyszło nam żyć w czasach, gdy wartość fabularna komiksów dobiła do poziomu literatury, a ich autorzy co rusz udowadniają, że swoją twórczością wcale nie ustępują mistrzom pióra.

Paradoksalnie, ciężko jest dziś o komiksy przeznaczone dla dzieci. Większość jest po prostu zbyt poważna, by jakikolwiek małolat mógł je zrozumieć. Czy więc deprecjonowanie tego gatunku ma jeszcze jakikolwiek sens? Pomijam fakt, że znaczna część malkontentów pewnie nawet nie wie, jak wiele otaczających ich wytworów kultury, bazuje właśnie na komiksach. Problem z tego typu krytykanctwem nie leży jednak tylko w braku wiedzy. Przecież można czegoś po prostu nie lubić i trzymać się od tego z daleka…

"Moonshine" #1, fot. Image Comics
“Moonshine” #1, fot. Image Comics

Jeśli jednak decydujesz się na dyskusję, pamiętaj, że między rozmową na poziomie, a argumentowaniem swego stanowiska stwierdzeniem “bo tak”, mieści się magiczna kraina… Zamieszkuje ją pewna specyficzna rasa, z łaciny zwana “homo ignorantus”.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Funkcjonariuszka Reem, czyli Robocop z Dubaju

Dubaj nie szczędzi pieniędzy na rozwój, czego efekty widać nie tylko w...
Czytaj wiecej