Dobry przewodnik to skarb – Ameryka Środkowa część 3

Kolejna porcja przygód Rafała Turowskiego z Ameryki Środkowej. Zapraszamy do przeczytania relacji z Nikaragui.

Napisane było w moim Brandtcie, że na lotnisku w Managui taksówki są drogie, a taksówkarze natrętni. I – żeby wyjść ulicę i tam łapać, bo wielokrotnie taniej. No i faktycznie pewien czaruś podszedł do mnie i płynną angielszczyzną zaoferował podwiezienie do centrum za 25 USD. Chyba dojmująco zachichotałem, więc cena spadła do 20. Idę, ładnie dziękując. 15? Tłumaczę, że na zewnątrz pojadę za 10. Z kolei ten łapie się za brzuch ze śmiechu. Właśnie tak miło i sympatycznie przywitała mnie Nikaragua. Taksówkę na wspomnianej ulicy znalazłem za 7 USD. Zatrzymała się pani taksówkarka, która dowiozła mnie na żądany dworzec autobusowy, skąd za kwotę 1 USD, w nieprawdopodobnym tłoku (acz na miejscu siedzącym) po godzinie jazdy chickenbusem, dotarłem do Granady.

Granada jest urokliwa, świetnie przygotowana na przyjęcie turystów, wciąż niedroga i jeszcze przez tychże turystów niezadeptana. Wyobraźcie sobie – kolonialne miasto z kolorowymi kamienicami, z wulkanem górującym nad miasteczkiem oraz – ze wzburzonym jeziorem Nikaragua (w języku Indian – Cicibolca). Mieszkam w hostelu Arka Noego, który to hostel wygląda na poklasztorny budynek, na patio rośnie sobie nieprzyzwoicie kolorowy kwiat, do którego co chwilę podlatuje śliczny maleńki koliber – trzepocąc skrzydełkami nawet 1000 razy na sekundę… Można było to kolibrze śniadanie oglądać w nieskończoność… A poza tym – atrakcji cała moc – i zabytki, i muzeum czekolady, i wypełniona knajpkami i sklepikami Calle La Calzada. W ogóle nie chciało się stamtąd wyjeżdżać. Ale było trzeba, bo czekało Ometepe.

Ometepe – to wyspa na jeziorze Nikaragua, z maleńkim lotniskiem i kilkoma przystaniami promowymi. Wybieram prom płynący z San Jorge – godzinka niewielkim promem po nieprawdopodobnie narowistym jeziorze (dziękuję ci awiomaryno). I oto jestem w tym ikonicznym, pocztówkowym raju – z jednej strony – leżącym naprawdę na końcu świata, z drugiej jednak – pełnym turystów i oferującym tymże turystom wspaniałe warunki do wypoczynku. Concepcion i Maderas to wulkany, z których wyspa słynie i na które można wejść. Niestety, byłem zmuszony odmówić sobie tej przyjemności, bo w sandałkach czy klapkach na wulkan wejść niepodobna, a i ciepły polar był przydatny, jak opowiadali wędrowcy. Niemniej widok obu wulkanów  z mojego hostelu – Finca Magdalena, szczególnie, gdy mgła była poniżej krateru, był czymś oczarowującym i niezapomnianym. Oważ Magdalena jest starą willą przerobioną przez sandinistów na wciąż działającą plantację kawy. Warunki w tym hostelu są zaiste spartańskie, ale podają pyszne jedzenie, są hamaki i wifi (nie, nie pojechałem tam na odwyk od sieci????. We wsi, półtora kilometra od willi można wypożyczyć auto, motor, quada, konia bądź rower – i w wybrany sposób zwiedzić wyspę. Można nastawić się na chillout na plaży, odbywać wędrówki bądź spacery albo pluskać się w Ojo di Agua, basenie zasilanym wodą z płynących obok potoków. Jak można wywnioskować z powyższego opisu – moja ocena wyspy Ometepe – jest jednoznacznie pozytywna.

Nieco bardziej rozczarowująca jest nikaraguańska stolica – Managua, która wygląda jak jedno wielkie pozbawione centrum przedmieście. To skutek trzęsienia ziemi z 1972 roku, które zmiotło starówkę z powierzchni i przy okazji wywołało także poważne skutki polityczne. Poza tym, miasto uznawane jest za niezbyt bezpieczne. Zatem – pojechałem taksówką do parku, gdzie stoi gigantyczna figura Augusta Sandino i skąd roztacza się widok na całą metropolię, wracałem natomiast do hotelu pieszo, w biały dzień, przez śródmieście i… w dzielnicy z hotelami dla backpakerów było po prostu pusto. I jakoś tak nieprzyjemnie. Za to dość przyjemnie jest na wybrzeżu Jeziora Managua (po indiańsku – Xolotian), w tle bowiem widzimy czynny wulkan Momotombo, niekiedy wypuszczający z siebie gazy, a w chronionej (i płatnej) części nadbrzeża jest coś na kształt miasteczka turystycznego z knajpami, barami, promenadą nadjeziorną i atrakcjami dla dzieci.

Ale najbardziej podobało mi się w managuańskim hotelu, gdyż w patio w specjalnej wolierze mieszkały tam dwie kapucynki, jak się okazało – niesłychanie hecne stworzenia, oraz – tukan i dwie gadające papugi.

Powstrzymałem się jednak od nauczenia ich basic polish, jeśli wiecie, co mam na myśli.

More from Rafał Turowski

Majowa Opowieść Zimowa

Teatr Narodowy kończy dość przeciętny sezon nieprzeciętną inscenizacją Szekspira. Marcin Hycnar wyreżyserował...
Czytaj wiecej