“Drakula” – ofiara nieudanej transfuzji? [Recenzja]

Kadr z serialu "Drakula", fot. BBC/Netflix
Kadr z serialu "Drakula", fot. BBC/Netflix
Zestawiając ze sobą trzy postaci: Drakulę, Stevena Moffata i Marka Gatissa, możemy mieć pewność, że otrzymamy nietypowy spektakl, który z jednej strony odda literackiemu oryginałowi głęboki pokłon, z drugiej zaś przerobi go w sposób, który uczyni tę historię dziełem zupełnie odrębnym. Pytanie tylko, czy to aby na pewno spełni oczekiwania kogokolwiek poza autorami?

Jeśli oglądaliście “Sherlocka” od BBC, z pewnością wiecie, o czym mówię. Serial mocno namieszał, przenosząc akcję powieści o XIX-wiecznym detektywie do czasów współczesnych. Genialna gra duetu Cumberbatch-Freeman i cudowny brytyjski humor obroniły jednak wizję twórców. Steven Moffat i Mark Gatiss stworzyli cztery sezony, choć w ostatnim widoczne było już pewne zmęczenie materiału. Moffat w międzyczasie produkował też “Doktora Who”, a gdy w 2017 roku oba projekty się zakończyły (“Sherlocka” zdjęto, a “Doktora” przejął Chris Chibnall), wraz z Gatissem na warsztat wzięli kolejny klasyk. “Drakula” nie spotkał się jednak z tak entuzjastycznym przyjęciem, jak z pewnością spodziewali się jego twórcy.

W razie potrzeby użyj osikowego kołka

Billboard promujący serial, fot. Daily Mail
Billboard promujący serial, fot. Daily Mail

Szczerze mówiąc, nie wyczekiwałem jakoś szczególnie na ten serial. Ba, gdybym kilka dni temu nie trafił na genialny billboard, być może ominąłby mnie ten szalony projekt. Zadziałały jednak nazwiska (Moffat/Gatiss) i trud, jaki włożono w ułożenie pozornie losowo powbijanych w powierzchnię billboardu kołków, które po zmroku rzucały cień wampira. Tyle mi wystarczyło i – na moje szczęście – odwiodło od internetu, w którym nieopatrznie mógłbym obejrzeć krwawy zwiastun, przedstawiający serial BBC i Netflixa w zupełnie innym świetle. A tak wróciłem do domu i po prostu zacząłem go oglądać.

Opowieść o najsłynniejszym z wampirów ma pewien “mankament”… Była adaptowana już tyle razy, że trudno jest w tej materii dopowiedzieć coś ciekawego. Z jednej strony mamy bowiem literacki oryginał z 1897 roku, którego fani zawsze będą wytykać twórcom nieścisłości; z drugiej zaś jakakolwiek świeżość wymaga nowego, innego spojrzenia na dzieło Brama Stokera. W przeszłości mieliśmy zatem okazję zobaczyć już wiele prób, od wiernych adaptacji po parodie pokroju “Drakuli – wampirów bez zębów” Mela Brooksa. Wersja zaproponowana przez BBC (i Netflixa) niestety zdaje się stać w rozkroku, choć nie oszukujmy się – z oryginału zostało tu naprawdę niewiele.

Poznajcie Jonathana Harkera – hrabia Drakula wita w swoich skromnych progach

Claes Bang (Drakula) i John Heffernan (Jonathan Harker), fot. BBC/Netflix
Claes Bang (Drakula) i John Heffernan (Jonathan Harker), fot. BBC/Netflix

Mimo że o szeregu zmian względem powieści Stokera było dość głośno, początek zdaje się zaskakująco akuratny. Co prawda akcja serialu zawiązuje się w klasztornej celi, ale przesłuchiwany tam przez siostry zakonne Jonathan Harker w formie retrospektywy zabiera nas do Transylwanii. Anglik jest prawnikiem, którego hrabia Drakula zaprosił do siebie, by sfinalizować zakup nieruchomości w Wielkiej Brytanii. Mamy tu klimat, jaki z pewnością ucieszy miłośników wampirów, ale i ciekawą konstrukcję narracji. Pierwszy odcinek to zdecydowanie popis Johna Heffernana, brawurowo walczącego o życie granego przez siebie Harkera; Claesa Banga, który dość niezwykle charyzmatycznie odgrywa tytułowego Drakulę, odwołując się do kultowych ról Christophera Lee i Béli Lugosiego; a także Dolly Wells, nawet z kamienną miną umiejącą rozbawić widza typowo brytyjskim humorem.

“Drakula” ma konstrukcję podobną do “Sherlocka”, a więc zafundowano nam sezon złożony z trzech półtoragodzinnych odcinków. To zaś czyni je właściwie odrębnymi historiami o niemal filmowym charakterze. Pierwszy stawia na mroczny klimat zamczyska Drakuli i kilka odrażających scen, acz ze sporą dozą humoru. Drugi zabiera nas na statek, którym Drakula próbuje dostać się do Wielkiej Brytanii. Sporo krwi, ciekawe zwroty akcji, odkrywanie kolejnych zabobonów na temat wampirów. Klimat nieco ulatuje, ale duet Bang-Wells kontynuuje świetną współpracę na ekranie. Na tym, co Moffat i Gatiss postanowili pokazać w ostatnim odcinku, fani długo jednak będą wieszać psy.

Przydługa drzemka, czyli Moffat i Gatiss w swoim żywiole

Kadr z serialu "Drakula", fot. BBC/Netflix
Kadr z serialu “Drakula”, fot. BBC/Netflix

Ostatni odcinek serialu “Drakula” to bardzo frywolna adaptacja losów hrabiego, które u schyłku XIX wieku spisał Bram Stoker. Wampir oczywiście dociera do Whitby, ale zajmuje mu to 123 lata. Dzieje się to, czego po serialu Maffata i Gatissa się spodziewano, a więc powielony zostaje motyw współczesnej adaptacji. To z kolei wymaga zmian, które zupełnie zabijają klimat serialu, w zamian oferując swego rodzaju rozważania nad istotą życia. W tym ujęciu książkowa Lucy Westenra okazuje się zblazowaną imprezowiczką, która fascynuje Drakulę brakiem hamulców. Ten zaś staje się coraz bardziej nostalgiczny, jak gdyby pięćsetletnia egzystencja zaczynała go męczyć (w czego zrozumieniu pomaga mu… Van Helsing).

Oczywiście wizja twórców jest tu dość jasna, a licentia poetica pozwala im na dowolność w modyfikowaniu faktów (tu: oryginału). Problemem serialu nie jest ten przeskok (swoją drogą dziwne, że nie potraktowano go jako ważnego zwrotu akcji, lecz pochwalono się nim już w opisie), a niespójność wizji artystycznej. “Drakula” od BBC/Netflixa okazuje się bowiem stać w rozkroku między krwawym ujęciem historii hrabiego a brytyjską czarną komedią. W trakcie serialu kilkukrotnie wybuchałem śmiechem, nie oczekiwałem też krwawej łaźni, którą – jak się okazuje – zapowiadano w jednym ze zwiastunów. Mnie zatem nie rozczarowano…

Problem w tym, że aż za bardzo widzę tu schematyczność Moffata i Gatissa

Uwielbienie dla brytyjskiego humoru i tamtejszej, charakterystycznej szkoły tworzenia seriali to jedno, ale oglądanie raz jeszcze “Sherlocka” czy “Doktora Who”, tyle że z innymi postaciami i tłem fabularnym, to raczej wada niż zaleta.

Ta swoista wtórność w zestawieniu z przegadanym, na siłę poszukującym głębi zakończeniem sprawiają, że raczej nie będę wyczekiwać kolejnego sezonu. Nie byłbym też zawiedziony, gdyby na tych trzech odcinkach poprzestano. Być może taki kubeł zimnej wody ostudziłby gorące głowy Stevena Moffata i Marka Gatissa, przynosząc orzeźwienie w postaci nowych, świeżych produkcji. W innym wypadku będziemy skazani na kolejne reinkarnacje bądź co bądź udanego “Sherlocka”. Będą bawić, umilą wieczór, ale nic ponad to.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Organic Basics – bielizna, której nie trzeba prać

Innowacyjność – nawet taka, która budzi pewne obawy o higienę – jest...
Czytaj wiecej