Ed Sheeran (niestety) popełnił “No.6 Collaborations Project”

Nie jestem i nigdy nie byłem fanem Eda Sheerana. Co prawda lubię przebój “Sing”(rytmiczność tego utworu pomaga w efektywnym sprzątaniu domu), natomiast cała reszta dorobku sympatycznego Brytyjczyka w ogóle mnie nie obchodzi. Nie mogę jednak z czystym sumieniem stwierdzić, iż autor “I See Fire” uprawia jakąś kompletnie nieudaną sztukę. Irytuje mnie raczej przerażająca przeciętność jego dyskografii.

Najnowszy album artysty potwierdza moje przekonania. “No.6 Collaborations Project” jest projektem bardziej nużącym niż muzyka z supermarketu. Ed Sheeran sprytnie kusi odbiorców wywołującą ślinotok listą współpracowników, lecz atrakcyjność krążka kończy się na ładnie brzmiących nazwiskach.

Co prawda doborowa obsada obiecuje ekskluzywny produkt, ale sama zawartość absolutnie nie dorównuje efektownemu opakowaniu.

Każdy, kto zapomni o lśniącej otoczce przedsięwzięcia i skupi się na dźwiękach, zauważy, że ci wszyscy zaproszeni goście to tak naprawdę tylko pionki w wyrachowanej, biznesowej grze. Skutkiem nieudanej kooperacji jest pop z przetrąconym kręgosłupem. Piosenkom brakuje melodyjnych refrenów, a gwiazdorskie zwrotki cierpią na deficyt kreatywnej energii. Premierowe piosenki Sheerana przypominają swoje własne karykatury, błagające słuchacza o litość i wyłączenie głośników.

źródło: Wikipedia Commons

Na dodatek główny bohater albumu jest centralną postacią tylko na papierze. Ed Sheeran zanudza odbiorcę niczym pracownik korporacji brzdąkający na gitarze podczas przerwy na lunch. Jeśli tak ma wyglądać pełnokrwista gwiazda estrady, to chyba czarne chmury zbierają się nad kulturą masową XXI wieku. Ciężko mi zrozumieć, dlaczego ktokolwiek miałby ochotę dołączać do fanclubu równie papierowej osobowości.

W piętnastu kompozycjach zauważyłem jeszcze jedną rzecz – muzyczne pasożytnictwo. Czasem autor żeruje na innej kulturze (żenujące flirtowanie z hip-hopem), innym razem kolekcjonuje popowe klisze, a momentami po prostu podwędza podbijające listy przebojów, modne patenty. Pożyczone motywy można porównać jedynie do niewyraźnych kształtów wypluwanych przez niedomagającą kserokopiarkę.

Jak już napomknąłem wcześniej, nie należę do miłośników uśmiechniętego Eda i nie nawróciłem się również po wysłuchaniu “No.6 Collaborations Project”.

Rozchwytywany muzyk niestety znowu pomylił przystępność z banalnością i wydał na świat przeźroczysty, pozbawiony emocji projekt. Nie chcę, żeby pop szedł w stronę korporacyjnej impotencji, więc w najbliższym czasie nie planuję przyjaźni z Sheeranem.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Lingua Ignota prezentuje najodważniejszą płytę roku – “Caligula”

Jedna z bardziej intrygujących przedstawicielek współczesnej sceny eksperymentalnej bezwzględnie rozprawia się z...
Czytaj wiecej