Czy w “Energy” rzeczywiście znajdziemy energetyczne oblicze Disclosure?

Disclosure, Energy, Island Records
Disclosure – "Energy", fot. Island Records
Niegdyś gorący debiutanci, dziś producenci z nadszarpniętą reputacją. Disclosure starają się wrócić do łask albumem "Energy", zbierającym w jednym miejscu garść głośnych nazwisk ujeżdżających żywiołowe bity. Co może pójść nie tak?

Wydane nakładem Island Records “Energy” to bardzo odważny tytuł, zwłaszcza że jego pomysłodawcy mają obecnie dość dużo do stracenia. Ich ostatni album “Caracal” został przecież powszechnie uznany za wielkie rozczarowanie i od tamtego czasu duet Disclosure żyje z tzw. piętnem drugiej płyty. Po pięciu trudnych latach Guy i Howard Lawrence’owie wreszcie wychodzą jednak z jaskini i obiecują słuchaczom bombę, która efektownie zmyje grzechy popełnione w 2015 roku.

Kilka utworów rzeczywiście spełnia obietnicę muzycznego zastrzyku adrenaliny

“Lavender”, czyli wynik kooperacji z Channelem Tresem, to prawdziwa ekstraklasa hip-house’u, odsłaniająca niesamowity potencjał ukryty w tym prężnie rozwijającym się podgatunku. Kombinacja wyluzowanego barytonu rapera z głębokim, pulsującym bitem jest gwarancją intensywnego treningu karku. Ponadto, nagrany wspólnie z Aminé i Slowthaiem (amerykańsko-brytyjskim rapowym duo) “My High” brzmi jak hit UK Garage napędzany kolorowymi tabletkami o rakietowym działaniu.

Nie bez powodu wspomniałem o hip-hopowych gościach. To właśnie oni są najsilniejszymi ogniwami płyty (warto również wspomnieć o zwrotkach Micka Jenkinsa w “Who Knew?”). Gdy zastępują ich gwiazdy R&B i popu cały album nagle traci rozmach. W kompozycjach ozdobionych wokalami takich osobowości jak np. Kehlani czy Khalid brakuje pierwiastka charyzmy charakteryzującego przytoczonych wcześniej MCs. Jeszcze trudniej jest odbiorcy przejąć się fragmentami kompletnie pozbawionymi dodatkowych wokali. Słuchacz zostawiony sam na sam z dynamicznym, lecz płaskim brzmieniem “Energy” od razu zaczyna tęsknić za głosami, które choć trochę przełamują produkcyjną nijakość.

Odsłuchiwanie trzeciego albumu Disclosure przypomina masową konsumpcję słodyczy

Pierwsze kęsy wywołują gigantyczną radość, a gwałtowne uderzenie cukru pobudza lepiej niż niejeden narkotyk. Kwadrans po zakończonej uczcie organizm zaczyna jednak odczuwać zmęczenie, zwieńczone długą, ociężałą drzemką. Analogicznie: mniej więcej w połowie płyty dźwiękowa słodycz staje się mdła, a po endorfinach wywołanych przed chwilą przez Kelis albo Channela Tresa nie ma już śladu. Toporne flirty z R&B i pokraczna muzyka relaksacyjna płynąca z głośników podczas dwóch interludiów każą wtedy odczytywać tytuł krążka jako żart.

Właściwie najbardziej reprezentatywnym utworem jest tu zarapowany przez Commona “Reverie”. Pseudomotywacyjne klisze wypluwane w takt podkładu, który brzmi, jakby przeleżał w szufladzie całe lata dziewięćdziesiąte, akcentuje główny problem “Energy”. Wyspiarski duet po prostu nie rzuca słuchaczom wyzwań. Zadowala się przewidywalnością zaklętą w męczonych od wieków schematach. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Na “Purple Noon” Washed Out wciska hamulec

Jeden z ojców założycieli chillwave'u ponownie proponuje te same atrakcje, co na...
Czytaj wiecej