“Re-Animator” to półżywe akordy od Everything Everything

Everything Everything, Re-Animator, AWAL
Everything Everything – "Re-Animator", fot. AWAL
Tym razem Everything Everything oferują nam płytę o tytule kojarzącym się z horrorem o zombie. Nawiązanie do kina klasy "B" to strzał w dziesiątkę, ponieważ piosenki zawarte przez Brytyjczyków na "Re-Animatorze" tryskają energią przeciętnego żywego trupa.

Najnowszy album Everything Everything dzieli tytuł ze słynnym opowiadaniem Howarda Philipsa Lovecrafta, a także równie kultową serią horrorów klasy “B”. Być może jest to zwykły zbieg okoliczności, lecz “Re-Animator” – piąty krążek Brytyjczyków – ma kilka cech wspólnych z opowieściami o szalonym naukowcu wskrzeszającym zmarłych. Pierwszy punkt styczny między wspomnianymi tekstami kultury wyłania się z ich stylistyki sprzeczności.

Lovecraftowskie dzieło przedstawia czytelnikowi postać wyrzuconą poza nawias, parającą się aktywnością zupełnie nieprzystającą do społecznych norm. Z drugiej jednak strony protagonista doktor Herbert West funkcjonuje również jako mistrz powszechnie szanowanego lekarskiego fachu. Muzyczny “Re-Animator” ujawnia w swej estetyce podobną dychotomię w stylu Jekylla i Hyde’a. Angielska formacja lawiruje między światem popu oraz ekscentrycznego eksperymentu. Piosenki charakteryzuje nienaganna produkcja, a każdy refren odhacza poszczególne punkty z przepisu na chwytliwy przebój. Melodiom towarzyszą również nieco bardziej transgresyjne elementy. Zacinające, zestresowane gitary (kłania się złota era post-punku) wraz z paranoiczno-skrzekliwym wokalem frontmana dodają całości schizofrenicznego fasonu. 

Podejście muzyków do sztuki nasuwa skojarzenia z pacjentami Westa

Everything Everything w balladzie “Lost Powers”

Łatwo w Anglikach zauważyć odpowiedniki literackich zombie. Twórcy oswoili kreatywne ADHD poprzednich płyt i częściej niż dotychczas zahaczają o formułę spokojnych, bezpieczniejszych ballad. Inercję można zauważyć także w tekstach utworów. Panowie jak zwykle poruszają gorące, socjopolityczne tematy, lecz wykazują się zaskakującą pasywnością. Globalne problemy takie jak groźba ekologicznej katastrofy czy internetowa spirala nienawiści nie wywołują w nich gniewu, a po prostu zmęczenie.

Kwartet z Newcastle wciela się w rolę pół-umarłego bytu, jeszcze oddychającego, ale już zbyt otępiałego, by przejąć inicjatywę. Snują się na jawie, utrzymywani przy życiu tylko dzięki błaganiom ich Muzy. Są wyczerpani postmodernistycznymi gierkami formalnymi oraz zaangażowaną publicystyką. Przed całkowitą hibernacją ratuje ich prywatny doktor Herbert West – w tym wypadku wręcz fizyczna potrzeba tworzenia, walcząca o życie obumierających komórek kreatywności.

Utwór promujący wydaną nakładem AWAL płytę “Re-Animator”

Muzyków z Everything Everything – podobnie jak bohatera kultowych opowieści grozy – nawiedzają upiory. Umysłem Westa nieustannie rządzi strach przed niecnymi zamiarami skonstruowanych przez niego abominacji. Niczym Doktor Frankenstein jednocześnie czuje niezdrową fascynację oraz lęk w stosunku do owoców swych eksperymentów. Higgsa, Spearmana, Pritcharda i Robertshawa regularnie odwiedzają z kolei duchy przeszłości. Przyjmują różne postaci – od pastiszu zamierzchłych dokonań Radiohead, po syntezatorowe new-age’owe wycieczki, a także wspomnienia pubowej kultury lat dziewięćdziesiątych (tym ostatnim stwierdzeniem lider zespołu opisał treść piosenki “Moonlight”). Nazywam te wspominki upiorami, ponieważ są całkowicie pozbawione pierwiastka przyjemnej nostalgii. Ich obecność nie jest permanentna i nie posiada solidnego spoiwa w postaci sentymentu. Przypominają raczej natrętne migawki pojawiające się niespodziewanie wewnątrz niespokojnego umysłu. Mają chaotyczną, losową naturę zaburzającą tempo albumu.

Utwór “Violent Sun” kreśli wizję apokalipsy podlanej utopijnym sosem miłości

Everything Everything w wersji apokaliptyczno-romantycznej

Podmiot liryczny marzy o końcu świata tak romantycznie tragicznym, jak konkluzja “Romea i Julii”. W jego śnie motyw grozy ostatecznego epilogu nie występuje nawet w roli epizodycznej. Zupełnie jakby mózg bohatera piosenki odciął dopływ bezkompromisowych refleksji. Ta kompozycja znakomicie podsumowuje całe wydawnictwo. Everything Everything sprawiają tu wrażenie pokonanych przez rzeczywistość. Nie mają już zapału do walki i ograniczają się do egzystencji w półśnie. Odrzucają wszelkie wyzwania, a ich obecną twórczość przesiąka komfortowa, lecz bezproduktywna bierność.

Gdzieś na peryferiach tego szaroburego krajobrazu można jednak dostrzec namiastkę wybuchowości albumu “Get to Heaven”. Może żywot półumarłych to dla brytyjskich muzyków tylko faza przejściowa i wkrótce nabiorą sił na ponowny bój ze światem? Któż to wie? W każdym razie, do tego czasu lepiej zostawić ich biedne dusze w spokoju. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Flamagra, czyli Flying Lotus bez formy

Flying Lotus prezentuje najnowszy album - Flamagra i rozczarowuje fanów. Zdolny producent...
Czytaj wiecej