Facebook kastruje nasze ulubione treści

Facebook, Causely
Schemat przepływu informacji z Facebooka, fot. Causely.com
Wiele lat temu Facebook zamordował blogosferę. Gigant wśród portali społecznościowych wprowadził wtedy nową, atrakcyjną funkcję – możliwość założenia fanpage'a. Odtąd niezależne, internetowe dziennikarstwo funkcjonuje głównie na zuckerbergowskich zasadach, a słowo "bloger" należy już do sieciowego archiwum.

Zarówno twórcom, jak i odbiorcom treści Facebook wepchnął do gardeł słodką obietnicę. Nowa medialna platforma miała działać jak spektakularna maszyna napędzana filozofią Do It Yourself. Autorzy otrzymali w prezencie szansę na prezentowanie swoich myśli z hollywoodzkim rozmachem. Zdobywając lajki, mogli budować unikalną, wierną widownię, a szalenie przystępny interfejs serwisu pozwalał ich fanom na hiperintensywną aktywność w sekcji komentarzy. To jednak nie koniec tej historii.

Statystyka, Facebook, Neil Patel, Neilpatel.com
Statystyka obrazująca systematyczne obcinanie przez Facebooka zasięgów, fot. Neilpatel.com

Po tym, jak Facebook nakarmił nas słodyczą, postanowił zmienić taktykę. Owszem, niezależni twórcy wciąż mają prawo publikować na łamach portalu. Ta swoboda zyskała jednak nową cenę. Żeby korzystać z niej w pełni, trzeba potraktować ją jako przywilej i porządnie za nią zapłacić. Obecnie żaden fanpage nigdy całkowicie nie dociera do swoich czytelników, jeżeli nie korzysta z oferty postów promowanych. Niepłacenie za reklamę może natomiast skończyć się ogromnym rozczarowaniem – z tysiąca osób śledzących stronę post ujrzy na przykład niecałe trzysta.

Dzisiejszy Facebook karze twórców pragnących manifestować swą niezależność. Zmusza ich do płacenia grzywny za samodzielne zdobytą widownię. Taka polityka blokuje rozwój postblogowego dziennikarstwa. Zuckerbergowskie pomysły uderzają zwłaszcza w mniejsze strony, a przecież wszyscy wiemy, że to właśnie outsiderzy najczęściej generują najbardziej bezkompromisowe i niekonwencjonalne treści. Sieciowa krytyka kulturalna nie ma jednak szans na progres, gdyż jest regularnie glanowana przez gospodarza, który udostępnia jej pole do działania.

Wydaje się, że istnieją trzy wyjścia z tej trudnej sytuacji (i żadne nie jest idealne)

Pierwsze zakłada sens rozbijania skarbonki, drugie szuka rozwiązania w naginaniu reguł gry, a trzecie sugeruje zrobienie kroku w tył.

Mem, Władca pierścieni
Mem wyśmiewający facebook’ową rzeczywistość

Dając bestii miedziaki, na pewno sprawimy, że spojrzy na nas trochę bardziej przychylnym okiem. Zasypując ją własnymi oszczędnościami, nie utniemy jej łba, ale za to choć trochę załagodzimy jej niszczycielską naturę. Jednocześnie musimy pamiętać o tym, że po pewnym czasie regularnie płacony haracz może nie wystarczyć. W pewnym momencie będziemy musieli oddać potworowi nasze ciała i dusze.

Alternatywy można też poszukać w kreatywnej interpretacji zasad. Próby przechytrzenia monstrum na pewno dadzą nam przynajmniej odrobinę satysfakcji. Aktywne igranie z narzuconymi regułami wymaga jednak niemal tyle samo wysiłku, co tworzenie postów. Ciągłe wyszukiwanie sposobów na darmowe podbijanie zasięgów może nawet zająć więcej czasu niż samo pisanie. Wyczerpani nieustannym ściganiem się z potworem ryzykujemy więc spadek kreatywnej energii. Mocowanie się z facebookowymi regulacjami prowadzi twórczą działalność prosto w obleśne objęcia SEOpodobnej otchłani. Taka obsesja na punkcie e-marketingu wypłukuje z człowieka wszelką innowacyjność i zamienia pasję w pracę biurową.

Youtuberzy prześcigają się w pomysłach na oszukanie facebookowego algorytmu

Z kolei najbardziej radykalne rozwiązanie tej kwestii polega na powrocie do przeszłości. Mowa oczywiście o skrajnym wariancie – facebookowej dezercji zwieńczonej wskrzeszeniem blogowej tradycji. Owa schizma mogłaby przynieść pewne korzyści. Autorzy odzyskaliby pełną kontrolę nad tym, co wychodzi spod ich palców. Co więcej, dość powściągliwa (w porównaniu do współczesnych mediów społecznościowych) formuła bloga wreszcie pozwoliłaby im na celebrację literackiego potencjału tekstów, bez silenia się na przekazywanie treści w pigułce. Z drugiej strony rezygnacja z fanpage’owej konwencji zmniejszyłaby intensywność komunikacji na linii autor-odbiorca. Zwolnienie tempa przepływu informacji z pewnością byłoby równie trudne, jak odstawienie ulubionego narkotyku.

Jako pewnego rodzaju postscriptum należy potraktować dodatkową, czwartą opcję. Twórcy fanpage’owego krajobrazu mogliby po prostu trwać niczym najstarsze dęby i uparcie znosić wszystkie zuckerbergowskie fanaberie. To jednocześnie bierny opór i męczeńska postawa. Brzmi szlachetnie, ale czy ma sens? Być może. Bardziej efektywną strategią wydaje się jednak wejście na wojenną ścieżkę.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Serialowy streaming podbija nasze serca

Streaming całkowicie zmienił nasze podejście do konsumowania dóbr kultury.
Czytaj wiecej