Fame MMA – powtórka powtórki z rozrywki

Fame MMA 11, Mateusz Porzucek, Newspix.pl
Widownia zgromadzona podczas gali Fame MMA 11, fot. Mateusz Porzucek/Newspix.pl
Oto widowisko na miarę epoki postironii. Brutalny kabaret ku czci przeterminowanego, popkulturowego dowcipu. Jednocześnie śmieszny i straszny, przerysowany i realny, ekscytujący i katastrofalny. Spektakl zażenowany własną jakością, ale zachwycony swą kunsztowną nieudolnością.

Gale Fame MMA są zdecydowanie najważniejszymi nowoczesnymi tekstami rodzimej kultury. Tzw. freak fights niezwykle dosadnie określają teraźniejszą kondycję medialnego produktu. Pokazują, że dziś mamy ochotę wytwarzać i konsumować przede wszystkim refreny – powtórki innych powtórek. Są one echem pierwowzoru, którego oblicze stało się bardziej fikcyjne niż sylwetki jego kopii.

To pełnokrwiście odtwórcze show – biorą w nim udział nie postaci, a cienie

Fame MMA – “Face to Face”

Youtuberzy, drugoligowi gwiazdorzy, mikrocelebryci, patostreamerzy. Galeria nazwisk oraz pseudonimów powtarzających narrację kreowaną przez bardziej popularnych kolegów i koleżanki po fachu. Ringowi bohaterowie to żywe substytuty substytutów. Polskie ikony, które ich inspirują, czyli lokalni prezenterzy, prowadzący talk-show, a nawet sportowcy, wiodą przecież żywot protez anglosaskiej popkultury. Medialny byt zawodników przebiega według melodii podwójnego echa. Ich jestestwo jest oparte na modelu wirtualnym.

Uczestników tych zawodów wygenerowała miłość do polskiej namiastki zachodniej kultury. Naśladują naśladujących, zajmują się pastiszem pastiszu. Ukoronowaniem imitatorstwa przedsięwzięcia jest jego parawrestlingowa atmosfera. Każdej walce towarzyszą groteskowe konferencje oraz wywiady naszpikowane rubaszną słowną szermierką. Konfrontujący się ze sobą protagoniści, niczym w staroszkolnym filmie akcji, nim przejdą do rzeczy, mają obowiązek wypowiedzenia co najmniej tuzina wymyślnych obelg. Ponadto większość pojedynków poprzedza iście gombrowiczowska bitwa na miny, często dorównująca pod względem walorów cyrkowych samej potyczce.

Fame MMA to projekt absolutnie wyjątkowy – konstrukcja pozbawiona choćby jednego niezależnego komponentu

Oficjalny zwiastun trzynastej edycji turnieju

Wydaje się wręcz ideą wykreowaną przez algorytm, a nie żywych ludzi. Sklejony z właściwie samych referencji koncept należy uznać za najbardziej skrajną siłę współczesnej polskiej kultury masowej. Owszem, obecnie naprawdę nietrudno natrafić na projekty postironiczne – przedsięwzięcia bezwstydnie posługujące się skrajnie niezdarnymi, pastiszowymi półproduktami narracyjnymi.

Nawet tego typu projekty próbują natomiast przemycać nieco autorskiego smaku. Bywa, że ich twórcy starają się przynajmniej odrobinę reinterpretować odtwarzaną estetykę. Układają nowe sekwencje ze starych elementów lub dołączają choćby jeden nowy element do starej sekwencji. Tymczasem freak show ze Swarzędza zupełnie nie sili się na żadne modyfikacje materiałów źródłowych.

Działanie pomysłodawców gali zaczyna się i kończy na reprodukcji (już wcześniej powielonych) wzorców

Transmisja jednej z gal

Fame MMA to jedna z nielicznych ofert medialnych będących czystą, niezmąconą jakimkolwiek wkładem osobistym, kalką. Oglądając walki w klatce celebrytów klasy B, docieramy do ostatecznego krańca postironii. Dochodzimy do miejsca, gdzie pastiszowa bezpruderyjność powoli przeobraża się w cyniczną celebrację twórczej bezpłodności. Fame MMA egzystuje w rzeczywistości p o samplingu. Kreśli wizję popkultury kserowanej, czyli syntezy fetyszu masowej produkcji i kreatywnego marazmu nowego wieku.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Czy ktoś nam wreszcie zapewni dochód podstawowy?

Idea dochodu podstawowego co jakiś czas próbuje znaleźć sobie trochę miejsca w...
Czytaj wiecej