Flamagra, czyli Flying Lotus bez formy

Surrealistyczna okładka albumu; źródło: TIDAL.com
Surrealistyczna okładka albumu; źródło: TIDAL.com
Flying Lotus prezentuje najnowszy album - Flamagra i rozczarowuje fanów. Zdolny producent stworzył boleśnie przeciętną płytę.

Pięć długich lat. Tyle kazał na siebie czekać Flying Lotus, czyli kultowa postać współczesnej muzyki elektronicznej. Autor tak znakomitych albumów, jak “Cosmogramma”, przez ostatnie miesiące mocno testował cierpliwość najwierniejszych fanów, angażując się w projekty poboczne (m.in autorski film “Kuso”), zamiast skupiać się na nowych kompozycjach. Jednak gdy w połowie kwietnia wypuścił klip do “Fire Is Coming” – miksu połamanego nu-jazzu z narracją Davida Lyncha, jego ksywka ponownie była na ustach wszystkich. Kilka tygodni później cały świat miał dostęp do siódmego dzieła artysty, nawiązującego do motywu ognia jako mistycznej siły stymulującej kreatywność.

Gościnny udział amerykańskiego reżysera jest zresztą nieprzypadkowy, gdyż “Flamagra” ma bardzo dużo wspólnego z “Mulholland Drive” albo “Zagubioną autostradą”. Fly Lo, podobnie jak jego idol, kocha mozaikową strukturę. Składający się z dwudziestu siedmiu miniatur album atakuje odbiorcę chaotycznym potokiem pomysłów, kreującym mało spójną, lecz niezwykle barwną wizję. Kalejdoskopowa forma przypomina trzeci sezon “Twin Peaks”, który mnożył niedokończone wątki i mącił widzom w głowie, rezygnując z tradycyjnej fabuły na rzecz surrealistycznego kolażu idei.

Natomiast obaj panowie mają nieco inne podejście do stopniowania napięcia.

W przeciwieństwie do słynnego filmowca producent z Los Angeles kocha pędzące na złamanie karku tempo. Poszczególne muzyczne impresje tak często zmieniają ton, że nadążenie za tym emocjonalnym rollercoasterem jest zadaniem ekstremalnym. Gdybym nie znał poprzedniego krążka twórcy – “You’re Dead!”, to pewnie dałbym się porwać nadpobudliwej stylistyce, lecz niestety widzę tylko i wyłącznie powtórkę z rozrywki. Znowu dostałem abstrakcyjny koncept sprzedany przy pomocy kilkudziesięciu gorączkowych impresji z pogranicza jazzowej improwizacji oraz onirycznej elektroniki. Drugi raz już mi tak nie smakowało.

Kilkuletni romans autora z rozbuchaną estetyką wiąże się z jego ostatnimi, dodatkowymi przedsięwzięciami. Współpraca ze stacją Adult Swim (bardziej ekscentryczną gałęzią Cartoon Network), a także realizacja makabrycznego horroru klasy “B” pt. “Kuso” udowadniają, że obecnie siostrzeniec Alice Coltrane pragnie stawiać same wykrzykniki. Należy pochwalić konsekwencję w serwowaniu intensywnych smaków, lecz nieustanne walenie obuchem po głowie nie pozwala pracować wyobraźni słuchacza. Gdzieś zaginęła tajemnica cechująca pierwsze dokonania producenta i została zastąpiona przerysowaną widowiskowością.

Zamyślony mistrz nu-jazzu
źródło: Wikipedia Commons

Rozczarowuje także większość gościnnych występów. Mimo że udało się zebrać mocną ekipę, to każdy z obecnych tuzów, poza wspomnianym wcześniej Lynchem, ofiarował “Flamagrze” jedynie własne chwytliwe nazwisko. Kooperacje nie tylko nic nie wnoszą do ostatecznej wizji, a wręcz zaburzają rytm, psując ekstrawagancki nastrój popowymi oraz rapowymi banałami. Jeśli Flying Lotus rzeczywiście pragnie w przyszłości zawojować świat głównego nurtu, to chyba powinien zmienić taktykę.

Flying Lotus potrafi brylować na koncertach
Źródło: Wikipedia Commons

Jeden z najzdolniejszych współczesnych producentów stworzył boleśnie przeciętną płytę.

Szumne zapowiedzi okazały się zasłoną dymną, odwracającą uwagę od repetycji starych wątków. Co prawda artysta nie obniżył wysoko postawionej poprzeczki, ale też nawet nie spróbował pobić dotychczasowego rekordu.

Czyżby wiecznie poszukujący, głodny świeżych inspiracji muzyk zaczął zjadać swój ogon?

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Kobiety przejmują amerykański hip-hop

Kobiety już nie są postaciami drugoplanowymi amerykańskiego hip-hopu. Obecnie to właśnie one...
Czytaj wiecej