Terry Gilliam – “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia” [RECENZJA]

Terry Gilliam – "Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia", fot. Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam – "Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia", fot. Wydawnictwo Planeta
Bywa, że na kartach książek biograficznych upiększa się życiorysy znamienitych postaci, dlatego dystans do tego typu literatury jest zrozumiały. Jednak "Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia" – podobnie jak jej autor – nie zważa na konwenanse. Terry Gilliam – reżyser i scenarzysta, współtwórca Latającego cyrku Monty Pythona – spowiada się z własnego życia, nie rezygnując przy tym z charakterystycznego, ciętego humoru oraz iście dramatopisarskiej maniery, ukazując czytelnikom dynamiczny wyścig przez własne życie, z mnóstwem poślizgów i kraks.

Nie jestem szczególnym wielbicielem literatury biograficznej. Jasne, czytuję książki na temat ulubionych pisarzy, filmowców czy muzyków, ale zdecydowanie zbyt często mają one charakter “pochwalny”. Nie mogłem jednak nie sięgnąć po autobiografię człowieka, który przez dekady udowadniał, jak wielki dystans ma do siebie. Z urodzenia Amerykanin, z serca zdecydowanie Brytyjczyk… I właśnie charakterystycznych dla Brytyjczyków autoironii oraz ciętego humoru możecie spodziewać się po wspomnieniach Terry’ego Gilliama! Jego “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia” to zdecydowanie najlepsza książka biograficzna, jaką kiedykolwiek miałem okazję przeczytać.

Pierwotnie “Gilliamesque: A Pre-posthumous Memoir” ukazała się w roku 2015, jednak na polską edycję musieliśmy nieco poczekać. Zdecydowanie było warto! Wydawnictwo Planeta, dla którego wspomnienia współtwórcy Latającego cyrku Monty Pythona są dopiero drugą publikacją w dorobku, dołożyło wszelkich starań, by książka nie straciła swego charakteru. Odnoszę wrażenie, że duża w tym zasługa Adama Czarnieckiego, który dokonał przekładu. Dzięki niemu autobiografia Terry’ego Gilliama nie tylko nie traci nic z oryginalnego, charakterystycznego dla niego stylu wypowiedzi, ale też czyta się ją bardzo przyjemnie. Można wręcz powiedzieć, że czyta się sama i spokojnie dałaby się pochłonąć na raz (mimo trzystu stron!), gdyby nie genialna oprawa graficzna.

Terry Gilliam – "Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia", fot. Jay Brooks (Camera Press London)/HarperCollins
Terry Gilliam – “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia”, fot. Jay Brooks (Camera Press London)/HarperCollins

“Gilliamesque” obfituje w grafiki, swoją stylistyką mocno przypominające cuda, które Terry Gilliam tworzył na potrzeby Latającego cyrku Monty Pythona. Nie brak też prywatnych zdjęć – w większości nigdy wcześniej niepublikowanych – oraz licznych dopisków, komentujących graficzne wstawki. Jeśli o samą treść chodzi, widać w narracji autora kilka etapów. Początki swego życia opowiada z należytą dozą humoru wymieszanego z nostalgią, rzucając przy tym kilka obrazoburczych uwag na współczesne standardy wychowywania dzieci. To chyba najwolniej prowadzony fragment książki, która zdecydowanie nabiera rozpędu z każdym kolejnym etapem życia. Jak sam autor opisał:

Efekt końcowy przypomina bardziej Grand Theft Auto-biografię: dynamiczny wyścig przez moje życie, z mnóstwem poślizgów i kraks i z wieloma najlepszymi momentami rozmytymi przez nadmierną prędkość.

– Terry Giliam, wstęp do “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia”

Największą uwagę przykuwa okres pythonowski, w którym autor zdobył sławę, ale też wybił się na tyle, by rozpocząć karierę reżyserską. Swoje miejsce ma tu także niesławna adaptacja przygód Don Kichota. Film, który spędzał sen z powiek Gilliama przez niemal trzy dekady. Tak na marginesie – jeszcze do niedawna można było spodziewać się, że koszmar minie, lecz dosłownie przed kilkoma dniami filmowe środowisko obiegła wieść, że stracił on prawa do filmu “Człowiek, który zabił Don Kichota. Smutny finał batalii, który zasługuje nie tyle na dodatkowy rozdział w “Gilliamesque”, ile osobną opowieść. Mimo sporej dawki goryczy, czy też wspomnianych kraks, jak wolał to ująć autor, bije z tej autobiografii niesamowicie pozytywny przekaz. Twórczy głód, który pokazuje, że mimo niemal osiemdziesiątki na karku, Terry Gilliam wciąż jest w swoim żywiole. Ostatecznie więc, nie ma ani odrobiny przesady w słowach widniejących na okładce:

Ta książka stanowi wgląd w nietuzinkowy, twórczy umysł i niezrównany portret kultury popularnej drugiej połowy XX wieku.

– “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia”, od wydawcy

Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia” ukazała się nakładem Wydawnictwa Planeta na początku czerwca. Znamienne, że nawet ją dotknęła tak zwana “klątwa Gilliama”, a datę premiery z powodów technicznych kilkukrotnie przekładano. Najważniejsze jednak, że (w przeciwieństwie do Człowieka, który zabił Don Kichota”) proces produkcyjny zakończył się pozytywnie. Naprawdę warto po tę książkę sięgnąć, ponieważ jej treść to splot bardzo osobistych opowieści Terry’ego Gilliama z wieloma mniej lub bardziej istotnymi wydarzeniami społecznymi i historycznymi. Wszystkie te wspominki za sprawą swej szczerej, często autoironicznej formy, robią ogromne wrażenie i powinny przekonać nawet zatwardziałych przeciwników literatury biograficznej.

Jeśli, podobnie jak mnie, Gilliamesque przypadnie wam do gustu, warto śledzić stronę oraz media społecznościowe Planety. To młode wydawnictwo zadebiutowało w listopadzie 2017 roku biografią Novaka Đokovicia. “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia” jest drugą książką w ich dorobku, a na horyzoncie już majaczy zapowiadane na wrzesień “Porcelain. Wspomnienia” – autobiografia Moby’ego.

Terry Gilliam – "Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia", fot. Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam – “Gilliamesque. Przedpośmiertna autobiografia”, fot. Wydawnictwo Planeta
Autor artykułu
More from Damian Halik

Val McDermid – “Miejsce egzekucji” [RECENZJA]

Znacie Val McDermid? W przeszłości na polskim rynku ukazało się kilka kryminalnych...
Czytaj wiecej