GLOW – pokochać serial o kobiecym wrestlingu

W pewnym momencie Netflix zaczął produkować tyle własnych seriali, że przestałem na bieżąco je śledzić. Wiele tytułów na pewno przez to przegapiłem, na szczęście można do nich powrócić i przekonać się o ich niezwykłości.

Tak właśnie miałem z „Glow”, który wielokrotnie przewijał mi się w sekcji z polecanymi serialami, ale nigdy nie było mi po drodze z włączeniem pierwszego odcinka. Niedawna premiera trzeciego sezonu była dobrą okazją do tego, by w końcu nadrobić to, co do tej pory przegapiłem. Teraz zastanawiam się, jak mogłem przez tyle czasu ignorować coś tak dobrego.

„Glow” opowiada o grupie kobiet, aktorek, które przychodzą na casting do nowej produkcji. Szybko dowiadują się, że będzie to telewizyjny show kobiecego wrestlingu.

Oczywiście żadna z nich nie miała nigdy nic z wrestlingiem wspólnego i już samo to może zapowiadać wiele zabawnych zdarzeń. Tak też się dzieje, ale sam „Glow” poza dużą dawką humoru jest również serialem dramatycznym z wieloma społecznymi komentarzami na tematy, które w popkulturze przewijają się już od dawna.

Na samym początku pierwszego odcinka poznajemy Ruth. To bardzo ambitna i zdolna młoda aktorka, nie mogącą przebić się przez pewne mechanizmy rządzące show biznesem. Kiedy dowiaduje się o przesłuchaniu do nowego programu, postanawia spróbować i szybko dostrzega w tym szansę na przebicie się.

Na początku wydaje się, że będzie to serial o Ruth. I choć faktycznie wiele wydarzeń obserwujemy z jej perspektywy, to jednak inne bohaterki są tu równie ważne, i to one nadają nam wiele kontekstu. Mamy tu obecną walkę o równouprawnienie, aborcję, a także ukazany homoseksualizm. Wszystko jest jednak przedstawione z wyczuciem. Nie czujemy się tym przytłoczeni, a całość jest pokazana w sposób naturalny – jako widzowie wierzymy, że to naprawdę są rzeczy, które przeżywają bohaterowie, a nie tylko „wymysł” scenarzystów, by poruszyć pewne wątki na ekranie.


Przez pierwsze dwa, może trzy odcinki nie przypuszczałem, że aż tak polubię ten serial. Jednak im dalej, tym coraz bardziej chciałem włączać kolejne.

Odcinki nie są długie – czas trwania na poziomie około 30 minut to niewątpliwie zaleta tego serialu. Przez 3 sezony niesamowicie zżyłem się z bohaterkami i bohaterami. Nie przypuszczałem, że aż tak bardzo ich wszystkich polubię! Ma to na pewno związek ze świetnymi aktorkami i aktorami występującymi w produkcji. Alison Brie jako Ruth jest tutaj fenomenalna. W roli reżysera programu, Sama Sylvii, występuje natomiast Marc Maron, który nadaje się do tej roli jak nikt inny. Swoją drogą gorąco polecam podcast Marona, w którym przeprowadza bardzo ciekawe rozmowy z wieloma osobami ze świata kina, telewizji i show biznesu. 

Na koniec należy wspomnieć o kolejnej rzeczy, która świadczy o tym, dlaczego tak bardzo ten serial przypadł mi do gustu. Akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych i w całości jest stylizowana na tamte czasy. Do tego stopnia, że na początku miałem wrażenie, iż oglądam właśnie serial z tego okresu. Realizacyjnie jest to naprawdę znakomita produkcja, a najlepsza ze wszystkiego jest ścieżka dźwiękowa. Jeśli lubicie muzykę z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, to koniecznie musicie po tę pozycję sięgnąć.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Kolejne sukcesy „Zimnej wojny”

Film, o którym słyszał niemal każdy, bo w kończącym się właśnie roku,...
Czytaj wiecej