Gorillaz to grupa, która przewidziała kondycję współczesnego popu

Członkowie najsłynniejszego animowanego zespołu ponownie udowadniają, że ich muzyka tętni pulsem teraźniejszości i jednocześnie znakomicie wyczuwa przyszłe trendy.

Gdy założony przez Damona Albarna i Jamiego Hewletta zespół wydał w 2001 roku debiutancką płytę, z miejsca stał się jednym z najciekawszych projektów głównego nurtu. Przez prawie dwie dekady nic się w tej sprawie nie zmieniło. Członkowie Gorillaz dalej nie zwalniają tempa i wciąż na naszych oczach konstruują nietuzinkowe wizje. Ich najnowsze dzieło eksperymentuje na żywym, albumowym organizmie.

“Song Machine” to emitowany na YouTube,  odcinkowy musical, równocześnie prezentujący publiczności premierowe utwory oraz snujący historię zespołu z kreskówki konfrontującego się z naszą rzeczywistością.

Jak na razie mieliśmy przyjemność zapoznać się z dwoma singlami – pop-punkowym “Momentary Bliss” oraz zabarwionym afrykańskimi wpływami, art-popowym “Desole”. Obie piosenki są wręcz przepyszne i zaostrzają apetyt na więcej. Oczekując na kolejne perełki, które przygotowali dla nas Albarn i spółka, warto przypomnieć sobie, co nas tak naprawdę intryguje w twórczości tej wyjątkowej grupy.

Przede wszystkim Goryle mają zapewniony status innowatorów, z którym trudno dyskutować. Jako jedni z pierwszych przewidzieli definiującą XXI wiek śmierć gatunków muzycznych. W wielu wywiadach muzycy wspominają o tym, że pierwsze kompozycje formacji powstawały z powodu “przedawkowania MTV”. Ich nasączone porażającą dawką telewizyjno-radiowego popu umysły wydały na świat płyty wrzucające do blendera wszystkie możliwe mainstreamowe estetyki, od hip-hopu, po elektronikę, rock, czy reggae i dub. Ich eklektyzm, który dziś powoli staje się normą na rynku wydawniczym (raperzy śpiewają, rockmani rapują, DJe polemizują z gitarowym brzmieniem i vice versa), dwie dekady temu był niezwykle zaskakującym powiewem świeżości na listach przebojów.

Kolażową filozofię “Demon Days” albo “Plastic Beach” można nazwać swoistym prologiem teraźniejszego post-postmodernizmu w muzyce popularnej. Animowana ekipa już dawno temu doszła do tych samych wniosków, co dzisiejsze gwiazdy wielkiego formatu, uprawiające niekończący się recykling idei. Twórcy takich hitów jak “19-2000” i “Clint Eastwood” zauważyli, że pop napisał ostateczny rozdział swojej historii i jedyny sposób na uniknięcie zderzenia ze ścianą to autotematyczny pastisz. Skoro wszystkie dobre melodie zostały już napisane to, aby pielęgnować etos kreatywności, należy szlifować umiejętność przestawiania i mieszania znanych narracji.

Małpie prekursorstwo widać również w wizerunkowych działaniach ansamblu.

Owszem, Gorillaz nie był pierwszym zespołem mogącym pochwalić się animowanymi teledyskami oraz skrupulatnie wykreowanym, kreskówkowym wizerunkiem muzyków. Natomiast trzeba przyznać, że żaden zbliżony artystyczny twór (ani The Residents, ani MF DOOM) nie osiągnął tak wielkiego komercyjnego sukcesu, jak oni. Korzennie brytyjski projekt wyczuł nadchodzącą wielkimi krokami kulturę nostalgii i uprzedził kiełkującą manię retrofetyszyzmu błyskotliwym komentarzem. Charakteryzujący klipy, okładki oraz stronę wizualną tras koncertowych wyjątkowy graficzny styl drażnił się z nostalgią odbiorców za ulubionymi serialami animowanymi z dzieciństwa. Ultradynamiczna, groteskowa kreska podnosiła poziom komiksowej umowności do karykaturalnych rozmiarów. Jednocześnie tworzyła coś w rodzaju symulacji wspomnień obrazków z przeszłości, koloryzujących i uatrakcyjniających retrospekcyjne realia.

Dziś przeszarżowana idea zniekształconych wspomnień działa na publiczność jeszcze mocniej, gdyż stała się rzeczywistością. Całkiem niedawno zgromadzeni na festiwalu Coachella miłośnicy muzyki mogli podziwiać koncert hologramu 2Paca. A programiści tego typu syntetycznych cudów planują natomiast bliźniacze recitale cyfrowo wskrzeszonych Whitney Houston, czy Franka Zappy. Tak więc obecnie obsesja na punkcie popowych reminiscencji przyjmuje w pełni namacalny charakter.

Tęsknimy za wyimaginowaną wizją idealnej kultury masowej sprzed lat, zaludnionej przez nasze prywatne wyobrażenia na temat herosów audio i wideo – postaci z seriali, wokalistów, muzyków. Wystarczają nam parodie oraz hologramy, bo to one budują mit ciekawszy niż pierwowzory. Ekipa Gorillaz przewidziała to dziewiętnaście lat temu.

Kombinacja szczególnego brzmienia z konwencją serialu animowanego miała zresztą jeszcze jedną funkcję. Kreowała malownicze, fikcyjne uniwersum będące rajską oazą, schronieniem przed rzeczywistością. Innymi słowy, zwiastowała narodziny nowej ideologii współczesnej kultury masowej, czyli poptymizmu. Ten celebrowany przez wielu krytyków nurt myślowy mierzy wartość muzyki czysto estetycznymi kategoriami – pięknem melodii, kompozycyjnym kunsztem, aranżacyjną zręcznością. Celowo jednak unikaj eksplorowania potencjału wykraczającego poza sprawiającą przyjemność, eskapistyczną rozrywkę. Poza nielicznymi wyjątkami (jak np. kooperacja z grupą D12, która zaowocowała nawiązującym do ataków na World Trade Center numerem “911”), gorillazowa dyskografia kładła pierwsze fundamenty pod ten światopogląd.

Przedstawiane w materiałach wideo zespołu perypetie animowanych muzyków metodycznie szkicowały niezwykle angażującą fabułę, zapraszającą słuchacza do wielowymiarowej immersji. Ucieczka w świat fikcji odbywała się na kilku poziomach. Retrofuturystyczne, słodko-plastikowe dźwięki teleportowały odbiorcę prosto do krainy marzeń, niczym najlepsze słuchowisko. Kolorowe obrazki z przeróżnych klipów i filmików hipnotyzowały natomiast wzrok kojarzący dawne przyjemności rodem z Cartoon Network. A na deser spinająca wszystko w klamrę szalona narracja pozwalała żyć życiem zmyślonych protagonistów. Dokładnie tak, jak dziś robią to najlepsze produkcje Netflixa.

Dorobek Gorillaz jest więc zamkniętą w (jak na razie) sześciu pełnoprawnych albumach i kilku innych dodatkowych przedsięwzięciach kwintesencją popkultury XXI wieku. Twórczość grupy emanuje wszystkim tym, co definiuje muzykę rozrywkową w roku 2020.

Wyprzedzający swoje czasy twórcy przewidzieli playlistowo-streamingowe rozwarstwienie gatunkowego monolitu, pogoń słuchaczy za nostalgicznymi żądzami, a także rosnący w zawrotnym tempie popyt na eskapistyczne narracje. Czy warto więc czekać na kolejne patchworkowe dzieła grupy? Oczywiście, że tak. Przecież nikt nie uchwyci ducha najbliższych dni ciekawiej niż Damon Albarn i jego drużyna.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Gatunek-duch – o muzyce zapomnianej przez masy

Wszyscy wiemy, czym jest gatunek-duch. To niegdyś popularny styl, który z jakichś...
Czytaj wiecej