Green Book – film skrojony na Oscary

Choć jeszcze nie miał oficjalnej premiery w Polsce, o tym filmie słyszałem wiele dobrego, a wczoraj wszystkie te słowa się potwierdziły. „Green Book” okazał się być tym, co skradło moje serce.

To prawda, oficjalnie film wejdzie do naszych kin dopiero za tydzień, ale już teraz niektóre z nich organizują pokazy przedpremierowe. Jak co roku, przed galą oscarową chce mieć obejrzane wszystkie filmy, które otrzymały nominacje, więc nie przepuszczę okazji, by jakiś tytuł zobaczyć wcześniej. Dlatego wybrałem się na pokaz „Green Book”, o którym słyszałem same pozytywne opinie.

W rolach głównych zobaczymy tu parę znakomitych aktorów: Viggo Mortensen (większość kojarzy go na pewno z roli Aragorna z trylogii Petera Jacksona „Władca pierścieni”) oraz Mahershala Ali, którego znamy z takich produkcji jak „House of cards”, nagrodzonego Oscarem „Moonlight” czy najnowszego sezonu serialu „Detektyw” od HBO.

Vigo Mortensen i Mahershala Ali “Green Book”, dyst. M2Films

Chciałoby się rzec, że to historia, którą napisało życie, bowiem to co oglądamy na ekranie jest oparte na prawdziwej przyjaźni głównych bohaterów – Dona Shirleya oraz Tony’ego „Wargi” Vallelongi. Pierwszy z nich był niezwykle utalentowanym, czarnoskórym pianistą jazzowym. Drugi, Prostym człowiekiem, Amerykaninem włoskiego pochodzenia, który imał się wielu zajęć, które miały zapewnić utrzymanie żony i dzieci. Był między innymi ochroniarzem w klubach nocnych, w przyszłości również aktorem, ale w filmie poznajemy go jako kierowcę i osobistego ochroniarza doktora Shirleya podczas trasy koncertowej po głębokim południu Stanów Zjednoczonych w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Czarnoskóry muzyk, w tamtych rejonach w kraju i w tamtych czasach? Zapewne wszyscy wiemy, że wiele mogło się wydarzyć.

Filmowa historia jest taka, jakich było już wiele. W zasadzie, nie ma tu nic nowego, nic co na pozór mogłoby nas zaskoczyć. Mimo wszystko, czuć tu olbrzymi powiew świeżości i całość ogłada się z niesamowitą wręcz lekkością i przyjemnością. Wprawne oko od razu dostrzeże, że jest to film, niemal skrojony na Oscary: historia o rasizmie, pokazująca przemiany bohaterów i mająca dobry morał. Co z tego, że od razu wiadomo, jak film się skończy? Co z tego, że to – można by powiedzieć – kolejna odsłona „Wożąc panią Daisy”, skoro od samego początku, aż do napisów końcowych wchodzimy w tę opowieść i nie chcemy z niej wychodzić.

Siłą filmu są bez wątpienia głowni bohaterowie w rewelacyjny sposób zagrani przez fenomenalnych aktorów. Zarówno Mortensen, jak i Ali, nominowani są w tym roku za „Green Book” do Oscara i na dzień dzisiejszy, chciałbym by obaj zgarnęli swoje statuetki – bardziej trzymam kciuki za Viggo, którego jest to już trzecia nominacja. Chemia miedzy nimi jest tu niesamowicie naturalna i dla takich relacji, lubię zasiadać w kinie w fotelu. 

Vigo Mortensen i Mahershala Ali “Green Book”, dyst. M2Films

„Green Book” jest w tym roku nominowany do Oscara w pięciu kategoriach: dla najlepszego filmu, montażu, oryginalnego scenariusza i wspomnianych aktorów. Choć nie jest to największa liczba tegorocznych nominacji, to film jak na razie moim faworytem, przynajmniej w 3 kategoriach. Oczywiście jestem jeszcze przed seansami wielu filmów, ale na razie moje serce skradł właśnie „Green Book”. Co do scenariusza, to drobna ciekawostka, jaką jest to, że współautorem jest Nick Vallelonga, czyli syn głównego bohatera, w którego wcielał się Mortensen. Ciekawostką numer dwa jest już sam główny bohater. Wspomniałem wcześniej, że w latach późniejszych był również aktorem. Mogliśmy go zobaczyć w takich filmach jak „Chłopcy z ferajny”, „Donnie Brasco” czy serialu „Rodzina Soprano”.

Peter Farrelly, który wcześniej reżyserował wiele komedii między innymi z Jimem Carrey’em, tym razem postanowił zmienić kierunek. Wyszło mu to doskonale, bowiem „Green Book” wciąż jest filmem zabawnym, ale jednocześnie bardzo mądrym, z odpowiednią dawką dramatu, kina drogi i sporą lekkością, która sprawia, że do filmu chce się wracać nie raz. Od 8 lutego, marsz do kina!

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi – Moc jest z nami. Zawsze.

Teraz jest taka tradycja o tej porze roku, że do kina idziemy...
Czytaj wiecej