Solo. Han Solo

Odkąd kilka lat temu Disney wykupił prawa do marki "Gwiezdnych wojen" nie ma praktycznie momentu, żeby ten tytuł nie był na ustach wszystkich. Jak na razie, nic się nie zmieniło.

Jeśli myślicie, że ostatni film z sagi był w kinach niedawno, to macie zupełną rację. “Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi” gościł na naszych ekranach raptem pół roku temu, ale już teraz możemy cieszyć się kolejną produkcją z tego uniwersum. Tym razem jednak nie jest to kolejny epizod, a jeden ze spin-offów.

Disney postanowił nie tylko kontynuować znaną i lubianą sagę, ale również zaczął tworzyć oddzielne historie, które są osadzone w świecie, który wszyscy dobrze znamy. Serię „Stories” zapoczątkował 2016 roku film “Rogue One” (celowo nie używam tu polskiego tytułu “Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie”, bo nie jestem jego fanem). Reżyserem był Gareth Edwards, w obsadzie zobaczyliśmy wiele znanych nazwisk, a całość była osadzona na osi czasowej tuż przed wydarzeniami znanymi z “Nowej nadziei”. Choć spodziewano się zwykłej wyciskarki pieniędzy, to film okazał się naprawdę dużym sukcesem; zarówno finansowym (film na całym świecie zarobił ponad 1 miliard dolarów), jak i został ciepło przyjęty przez fanów – a, jak wszyscy wiemy, fanów Gwiezdnych wojen nie jest łatwo zadowolić.

Emilia Clarke jako Qi’Ra, dyst. Disney Polska

Zapowiedziano – przynajmniej na razie – łącznie trzy takie spin-offy. Pierwszy z nich już mieliśmy okazję zobaczyć, a drugi od dziś jest w naszych kinach. Mowa tu oczywiście o “Solo: A Star Wars Story” (znów nie używam polskiego tytułu), traktującego o młodym Hanie Solo. W planach jest również film o łowcy nagród, którym był Boba Fett.

Co się tyczy “Solo…”, to ja już film widziałem i mogę go Wam polecić. Jednak muszę uprzedzić, że pomimo tego, iż jestem wielkim fanem “Gwiezdnych wojen”, to na ten film akurat jakoś specjalnie nie czekałem i nie miałem co do niego wymagań. Ostatecznie otrzymałem film, który był lepszy, niż myślałem że będzie, i gorszy, niż bym teoretycznie chciał. Jedną rzeczą, jakiej się bałem, to odtwórca tytułowej roli – Alden Ehrenreich. Choć według mnie sprawdził się w tej roli, to chyba zabrakło mu sporo charyzmy Harrisona Forda, przez co postać nie przekonała mnie do siebie w pełni.

Donald Glover jako Lando Calrissian, dyst. Disney Polska

Z dobrych rzeczy muszę na pewno wymienić świetną muzykę (jak zawsze) oraz efekty specjalne, które tradycyjnie stały na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi jeszcze dobra gra aktorska Emilii Clarke i świetnego Donalda Glovera w roli Lando Calrissiana. Na plus mogę zaliczyć na pewno sprawną reżyserię Rona Howarda i brak dłużyzn – film trwa 2 godziny i 15 minut, a ja zupełnie tego nie odczułem.

Nie wiem, jakie macie wymagania względem tego filmu, ale wyjścia są dwa: albo się on spodoba, albo bardzo spodoba. Właściwie trudno mi sobie wyobrazić, dlaczego ten film może ktoś uznać za zły, ale wiadomo, gusta są różne. Ja wyszedłem z kina raczej usatysfakcjonowany, choć nie na tyle, aby szybko seans powtórzyć.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Taika Waititi wyreżyseruje kolejną część Thora

Dlaczego jest to świetna informacja?.No właśnie, dlaczego? Z jednej strony ucieszyć może...
Czytaj wiecej